Do czego służy ksiądz i katecheta?

Do czego służy ksiądz i katecheta?

ks. Zbigniew Paweł Maciejewski

Wysłałem ci majla z linkami do pliku PDF i nagrania mp3

 

Spis treści

Wstęp

Nasze frustracje

Kobieta kananejska

Mąż w wyłomie

Skąd bierze się owoc?

Zamiast zakończenia

Wstęp

Dziękuję za docenienie wiejskiego proboszcza (wystąpienie: „Do czego służy ksiądz i katecheta?” miało miejsce w Bielsku-Białej, w dniu 2 września 2017, na spotkaniu księży i katechetów, inicjującym nowy rok katechetyczny). Cieszę się z kolejnego zaproszenia do Waszej diecezji. Traktuję to jako spłatę osobistego długu wobec Szkoły Ewangelizacji Cyryla i Metodego za prowadzenie dla mojej parafii owocnych rekolekcji i misji.

Jestem wiejskim proboszczem, ale bez kompleksów. Jestem proboszczem Winnicy. Winnica 137 razy występuje w Biblii, Bielsko ani razu, Biała czternaście razy, Żywiec ani razu.

Nie chcę w tym wystąpieniu niczego nauczać – od tego są studia, kursy, szkolenia i mądre książki. Chciałbym jedynie podzielić się swoją katechetyczną refleksją i będę przeszczęśliwy jeśli zostawię Wam jakąś małą myśl. Może to będzie dla kogoś miód na serce, a dla kogoś innego kamyczek w bucie, ale niech będzie dla każdego jakąś inspiracją i stymulacją własnych przemyśleń. Chcę, by to nas wszystkich motywowało i zachęciło do pracy. I dawało nadzieję.

Chcę w tym wystąpieniu dotknąć rzeczy fundamentalnych i spróbować odpowiedzieć na pytanie: „Do czego służy ksiądz i katecheta?”

Nasze frustracje

Najpierw trzy scenki – historie z życia katechety. Moje własne. Z czasów gdy byłem jeszcze szczupły, a także tych niedawnych.

Obrazy przemawiają czasem silniej niż teologiczne definicje.

Scenka pierwsza. Budowlanka w małym mieście, wczesne godziny popołudniowe, szatnia z charakterystycznym zapachem brudu i potu. Widzę swojego ucznia z papierosem w ręku, chmurka dymu, żar na końcu papierosa. Podchodzę do ucznia, który widząc mnie chowa rękę z papierosem za plecami. W jego reakcji jest zero paniki. Patrzy na mnie spokojnie i wyzywająco.

– Zgaś natychmiast!

– Co mam zgasić?

– Palisz papierosa.

– Ja nic nie palę.

– Pokaż rękę.

– Ja nic nie pokażę, nic nie mam.

I spokojnie patrzy mi w oczy. Szarpać się? Tylko na to czeka. „Drzeć japę?” Będzie przeszczęśliwy. Uczę go już trzy semestry – średnia ocen 1,0. To nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Odchodzę pokonany. Uczucia równie gwałtowne jak proste: „strzelić z liścia” tak, by się odwinął i pokazał „cztery litery”. I wtedy celnie wykonany kopniak.

Nie ma liścia, nie ma kopniaka, nie ma też dzięki temu TVN-u, ale pozostaje pytanie: Do czego służy katecheta? Jak jest sens mojego użerania się, wojowania, wszelkich wysiłków? Po co to wszystko? Dla kogo? Gdzie tu sens, gdzie logika? Żeby jeszcze jakiś grosz z tego był, ale to czasy, gdzie księża pracowali za „friko”.

Scena druga. Maturalna klasa w „garach” – szkoła gastronomiczna. Próbuję znaleźć sposób, pretekst, by dziewczynie móc postawić chociaż dopuszczający. Nieroztropnie pytam ją:

– Powiedz „Dziesięć Bożych Przykazań”!

To nie był dobry pomysł. Dziewczę równie starannie, jak nieumiejętnie umalowane walczy z tematem dukając i jęcząc. Na koniec rodzi się perełka:

– Nie pożądaj żony bliźniego swego… nadaremno.

Pytam ją:

– Zaliczyłaś przykazania przed Komunią?

– Tak.

– Zaliczałaś je przed bierzmowaniem?

– Tak.

–  Powiem ci coś teraz. Nie znasz przykazań, bo od lat ich nie mówisz, nie przypominasz ich sobie w pacierzu. Jest ci to wszystko do niczego niepotrzebne. Mam rację?

– Tak.

Trzy razy „tak”. Ręce opadają. Stawiam jej dopuszczający, bo co mam zrobić, ale pytanie pozostaje: Do czego służy katecheta? Scena trzecia w przedszkolu. Pasowanie na przedszkolaka i mały Kuba. Dyrektorka z potężnym ołówkiem z brystolu odbiera przyrzeczenie:

– Przyrzekamy malować, ćwiczyć, śpiewać i na nikogo się nie gniewać!

– Przyrzekamy!

Odpowiadają dzieci. Po nich Kuba solo, głośno i wyraźnie:

– Nie przyrzekam!

Dyrektorka:

– Przyrzekamy chodzić na spacery daleko, pięknie wypijać mleko!

– Przyrzekamy!

– Nie przyrzekam.

Kuba nie jest głupi. To bardzo inteligentne dziecko. Zawsze odczeka, zrobi pauzę. Chce być słyszany, chce być w centrum uwagi.

Kuba dotrzymał danego słowa, Kuba zawsze był w centrum uwagi. Ewidentnie zaburzony dzieciak, ale to musi orzec specjalista, a rodzice nie wyrażają zgody na żadne badania.

Horror dla dzieci z grupy. Golgota dla wychowawczyni. Syzyfowe prace dla katechety.

Wiem, że to małe i niestosowne, ale cieszyłem się, gdy Kuby nie było.

Zostawało jednak zawsze pytanie: Do czego więc służy katecheta? Czy jest tylko dla grzecznych dzieci? Czy potrzebny jest Kubie?

Spróbujmy zastanowić się nad tym pytaniem: Do czego służy katecheta? Albo też „pochylić się” nad tym problemem jakby powiedziano to
w nowomowie kościelnej.

Możemy sięgnąć do dokumentów kościelnych i powiedzieć, że zadaniem katechety jest „rozwijanie poznania wiary; wychowanie liturgiczne; formacja moralna; nauczanie modlitwy; wychowanie do życia wspólnotowego; wprowadzenie do misji.” (Dyrektorium katechetyczne Kościoła Katolickiego w Polsce 23)

Pięknie to brzmi i jest prawdą, ale jak się to ma do rzeczywistości?

Zobaczmy ten ogromny wysiłek Kościoła w przygotowanie katechetów. Obecność od wielu już lat w szkole. Dwie godziny zajęć w tygodniu. Doskonałe (według recenzentów) podręczniki do religii i pomoce.

I co? I mniej więcej nic!

Czy Polacy znają prawdy swojej wiary? Popatrzymy na jakiś odcinek teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Niektóre z odpowiedzi z kategorii „Biblia” są po prostu żałosne. Żyją coraz bardziej moralnie? No nie żartujmy! Modlą się? Niektórzy zapewne tak, dominuje jednak „odmawianie pacierza”. Formacja liturgiczna? Może tak, ale czysto teoretyczna, bo dzieci a szczególnie młodzież wywiało z kościoła. Doświadczenie wspólnoty? Częstsze jest chyba doświadczenie, że mają nas w… głębokim poważaniu. Wrażliwość ewangelizacyjna, troska o krzewienie wiary? Przestańmy się już dołować, wystarczy.

To nie jest tak, że katecheci są słabi, nieprzygotowani albo leniwi. To nie jest tak, że popełniono błąd przed laty i wróciliśmy do szkoły.

Pozwolę sobie na osobiste doświadczenie, wspomnienie. Jako przedszkolak, na początku lat siedemdziesiątych chodziłem na niedzielną katechezę. Potem przez całą podstawówkę uczyły mnie bardzo gorliwie siostry zakonne. Potem w liceum (lata osiemdziesiąte) w dwóch pierwszych klasach ksiądz. Co było potem opowiem potem, ale powiem teraz, że owocem 12 lat katechizacji było to, że nie potrafiłem powiedzieć „Zdrowaś Mario”.

Jeśli na pytanie: Do czego służy katecheta? odpowiemy przez punkty dyrektorium, to naturalną konsekwencją powinna być depresja, albo palnięcie sobie w łeb, albo porzucenie tego „zawodu”, albo potraktowanie go jedynie jako jednej z możliwych form utrzymania siebie i swojej rodziny.

Do czego zatem służy katecheta?

Jest to ważne pytanie, bo od właściwej odpowiedzi zależy, czy to co robimy będzie miało sens. A potrzeba sensu, to jedna z największych ludzkich potrzeb. Brak sensu to źródło największych frustracji i po prostu egzystencjalnego bólu.

Te refleksje wychodzą z mojej szerszej refleksji jako księdza. Od wielu lat zadaję sobie pytanie: Do czego służy ksiądz? To są bardzo podobne pytania i bardzo podobny kontekst.

Czy ksiądz jest po to, by rozgrzeszyć, by ochrzcić, by odprawić Mszę Świętą, pobłogosławić nowożeńców, pochować zmarłych?

Robimy to i na pewno to wszystko mieści się w posłudze księdza, ale czy wszystko tylko do tego się sprowadza?

Ksiądz ma nauczać ludzi jak mają żyć? Pokazywać im drogi zbawienia? Prowadzić do zbawienia?

Pewnie tak, ale dlaczego taki mizerny efekt? Księżowskie gadanie sobie, a ludzkie życie sobie. Tyle wygłoszonych kazań, tyle misji i rekolekcji. Zmienia się coś? Widzimy jakiś przełom?

Powiem teraz coś, co wydać się może kontrowersyjne. Jeśli komuś wydaje się, że księża mają wpływ na to jak ludzie żyją, to… ma rację… WYDAJE mu się.

Oczywiście zawsze możemy znaleźć dwie czy trzy historie jak księżowskie kazanie zmieniło kogoś, ale zawsze będzie to wyjątek potwierdzający regułę. I nigdy też nie będziemy pewni, czy to kazanie zadziałało, czy może coś innego, a kazanie było jedynie przykrywką.

Na marginesie i jadąc po bandzie można powiedzieć, że i księżom i biskupom WYDAJE się, że mają wpływ na swoich księży. Można też postawić tezę i bronić jej, że papieżowi Franciszkowi też się WYDAJE, że ma wpływ na swoich biskupów.

To wszystko nie jest takie proste – wydać encyklikę, napisać list pasterski, zwołać synod i… świat się zmienia. To nie takie proste!

A do czego służy ksiądz? To równie ważne pytanie jak pytanie o to, do czego służy katecheta.

To pytanie jest ważne dla samych księży. Bo to może być bardzo trudne i frustrujące błogosławić młodych, którzy nie żyją wiarą, chować zmarłych parafian, których się widzi pierwszy raz w kościele, chrzcić dzieci rodziców, którzy prawdopodobnie robią to tylko dla zwyczaju i przypomną sobie o Kościele przy okazji kolejnego zwyczaju, jakim będzie dla nich Pierwsza Komunia Święta.

Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze…, ale są takie sytuacje i jest to trudne.

Trudne i frustrujące jest mówienie kazań i czucie jak wypowiadane słowa odbijają się i spadają.

Trudne i frustrujące jest słuchanie ciągle tych samych grzechów, wygłaszanie tych samych nauk i dawanie tych samych pokut.

Trudne i frustrujące jest nie widzieć owoców. Znowu nie jest tak zawsze, ale jest… i jest to trudne.

A może ksiądz służy do czegoś innego? A może katecheta służy do czegoś innego?

Kobieta kananejska

Wydaje mi się, że mam zarys odpowiedzi. Tak, ksiądz służy do czegoś innego. Ma, owszem, sprawować sakramenty i posługi, ma nauczać i głosić kazania, ale istota jest gdzieś indziej.

Tak, katecheta służy do czegoś innego. Ma, to prawda, nauczać wiary, moralności i liturgii, ma budować wspólnotę i troszczyć się o misje, ale istota jest gdzieś indziej.

Jakiś czas temu w niedzielnej ewangelii czytaliśmy historię kobiety kananejskiej, której córka dręczona była przez złego ducha.

Ta ewangelia, dość paradoksalnie, uczy nas tego do czego służy ksiądz i katecheta.

Ksiądz i katecheta, jak ta kobieta kananejska, ma chodzić za Jezusem, albo czołgać się za Nim i wołać: „Ulituj się nade mną, Panie.” (Mt 15,22b)

Zauważmy dobrze, że woła „ulituj się NADE MNĄ”, a przecież chodziło nie o nią, a o jej córkę.

Jest to w pewien sposób oczywiste. Dla matki problem i ból dziecka będzie zawsze jej problemem, może nawet większym niż dla samego dziecka.

I trzeba nam teraz zrozumienia, że z takich właśnie pozycji ma wołać ksiądz i katecheta – jest to pozycja matki chorego, doświadczonego, cierpiącego dziecka.

Ksiądz i katecheta mają wołać nie za jakimiś tam ludźmi, ale za jego najbliższymi, którzy są w jego sercu, są w nim.

Tym dla księdza powinni być parafianie – najbliższą rodziną, tymi, których ma w sercu.

Tym dla katechety powinna być klasa – gromadką dzieci, własnych dzieci. Dodajmy – dzieci chorych i doświadczonych, „specjalnej troski”, które trzyma się w sercu.

Wkładając ludzi do serca nie można nikogo odrzucać i czynić wyjątków, a raczej dawać pierwszeństwo tym, którzy są najsłabsi i są najdalej.

I wołać wtedy: ulituj się nade mną, chorym, umierającym, samobójcą, alkoholikiem, niewierzącym, zdrajcą, bluźniercą, oszczercą, tchórzem.

Wołać: ulituj się nade mną, głodnym, odrzuconym, molestowanym i wykorzystanym, samotnym, wyśmianym.

Ksiądz i katecheta ma wołać do Jezusa za powierzonymi sobie ludźmi. Jeśli trzeba to ma skiełczeć, skamłać i wyć jak pies.

Nie może patrzeć z zewnątrz, ale od środka. Ma nieść w sobie ból pobitej żony, upokorzenie pijanego leżącego w rzygowinach, bezradność chorego, strach umierającego. Ma nieść w sobie ból i chorobę Kuby.

Ma skiełczeć i płakać, aż całe niebo, wszyscy męczennicy i wyznawcy, będą mieli tego dość i… wstawiać się będą za nim.

Nie udawać, że jest się wielkim i mądrym, bo w zetknięciu z prawdziwym życiem, z realnym cierpieniem i ludzkim dramatem każdy jest mały i głupi.

Taka postawa jest przejmująca w postawie Dawida. Absalom podnosi bunt i Dawid wie, że jego syn nie zawaha się zgładzić własnego ojca.

Jednak, gdy buntownicy zostają pokonani, a Absalom zabity, nie ma w Dawidzie nawet ćwierćnuty tryumfu, a tylko ból i rozpacz. „Król zadrżał. Udał się do górnego pomieszczenia bramy i płakał. Chodząc tak mówił: Synu mój, Absalomie! Absalomie, synu mój, synu mój! Kto by dał, bym ja umarł zamiast ciebie? Absalomie, mój synu, mój synu!” (2Sm 19,1)

Kobieta kananejska jest pierwszą z naszych inspiracji w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „Do czego służy katecheta?”

Mąż w wyłomie

Chcę się podzielić jeszcze drugą inspiracją. Pochodzi ona z Księgi Jeremiasza i dotyka wprost czasów tego proroka, ale jak każdy tekst biblijny jest uniwersalna i odnosi się także do naszej współczesności i naszej rzeczywistości.

Czytamy u Jeremiasza:

„Kapłani (…) przekraczają moje prawo – bezczeszczą moje świętości. Nie rozróżniają pomiędzy tym, co święte, i tym, co świeckie, nie rozsądzają pomiędzy tym, co czyste, a tym, co nieczyste, a na szabaty zamknęli oczy, tak że wśród nich doznaję zniewagi.

Przywódcy (…) są jak wilki rozdzierające zdobycz: rozlewają krew, zabijają ludzi, aby osiągnąć niesprawiedliwe zyski.

Prorocy natomiast pokrywają ich winy tynkiem, głosząc zwodnicze zapowiedzi i rozpowiadając im kłamliwe wieszczby. Mówią oni: Tak mówi Pan Bóg, podczas gdy Pan nie mówi.

Lud tej ziemi mnoży gwałt i rozbój, krzywdzi ubogiego i nędzarza, a bezprawnie uciska cudzoziemca.

I szukałem wśród nich męża, który by wystawił mur i stanął w wyłomie przede Mną, by bronił tej ziemi i przeszkodził Mi w jej niszczeniu, a nie znalazłem takiego.

Wobec tego wyleję na nią mój gniew, w ogniu mojej zapalczywości wyniszczę ich. Na głowy ich składam odpowiedzialność za ich postępowanie – wyrocznia Pana Boga.” (Ez 22,26-31)

Jeśli spojrzymy na Kościół w perspektywie trojakiego posłannictwa Chrystusa – misji prorockiej, kapłańskiej i królewskiej, to jeremiaszowe proroctwo brzmi strasznie. Prorocy maskują grzech, przywódcy przelewają krew, kapłani bezczeszczą świętości. Każdy czyni odwrotność swego powołania – króluje przewrotność.

I czego w tym wszystkim szuka Bóg? Chce zniszczyć ten świat w „ogniu swej zapalczywości”, ale jeszcze bardziej chce znaleźć „męża”, który stanie przed Nim i zacznie się z Nim bić – walczyć o swój naród. Bóg pragnie znaleźć kogoś, kto postawi mur i stanie odważnie w wyłomie, by wstawiać się za narodem, za Kościołem.

To coś więcej niż postawa Abrahama, który „tylko” targował się z Bogiem. To postawa jego wnuka Jakuba, który walczył z Bogiem.

„Gdy zaś wrócił [Jakub] i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim.

A wreszcie rzekł: Puść mnie, bo już wschodzi zorza! Jakub odpowiedział: Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!

Wtedy [tamten] go zapytał: Jakie masz imię? On zaś rzekł: Jakub. Powiedział: Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś
z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś.” (Rdz 32,25-29)

To trochę inna postawa niż kobieta kananejska, ale komplementarna z nią: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”

To nie są grzeczne pacierze, ale walka, walka o naród, walka o Kościół.

Do czego służy ksiądz i katecheta? Do tej walki właśnie. Jeśli z niej rezygnuje to rezygnuje tak naprawdę ze swego powołania i staje się jedynie „funkcjonariuszem religijnym średniego szczebla”.

Jest wspólny mianownik tych dwóch postaw – kobiety kananejskiej skamlącej do Jezusa i męża w wyłomie, który walczy z Bogiem.

Ten mianownik to autentyczna miłość do ludzi, troska o nich. Oni nie są obcy, choć czasem potrafią być trudni i źli. Ta niepoprawność nie przekreśla jednak bliskości, przeciwnie staje się racją wstawiennictwa.

Do czego służy ksiądz i katecheta? Do kochania ludzi, nawet jeśli oni tę miłości odrzucają.

To jednak nie wystarczy.

Skąd bierze się owoc?

Kochać ludzi to za mało. Nawet więcej: im większa miłość, tym większa frustracja z podeptania miłości.

Bądźmy szczerzy – potrzebujemy w naszej pracy widzieć owoc. A jeśli nie widzimy, to przynajmniej niewzruszenie wierzyć, że ten owoc jest, choć teraz, w tej chwili, może być on dla nas niewidoczny.

Jest to wpisane w nasze powołanie. Jezus mówi: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał.” (J 15,16a)

Ktoś powie „masz siać” i nie oglądaj się na żniwo. Pewnie tak, ale gdy słuchamy przypowieści o siewcy, to nasze serce ożywia się przy tym plonie – trzydziestokrotnym, sześćdziesięciokrotnym, a najbardziej przy stokrotnym.

Czy jest tak? No jest tak!

Skoro mamy przynosić plon, to musimy znać zasady, które rządzą plonowaniem.

Najpierw określmy to, co chcemy nazwać plonem. Nie będziemy się przecież cieszyć zewnętrzną poprawnością ludzkich zachowań, formalnym zaliczeniem jakiś praktyk, nudną przeciętnością.

Znowu się odwołam do osobistego doświadczenia. W swojej młodości przeszedłem kryzys wiary i odejście od Boga. Jednak zanim przestałem praktykować zupełnie, to praktykowałem wiarę, ale bez żadnych wewnętrznych przeżyć. Chociaż może były tam przeżycia, ale inne niż sobie księża i katecheci wyobrażali.

Kazali iść do kościoła to posłusznie szedłem, ale w kościele liczyłem gwiazdeczki na polichromii i czekałem z upragnieniem na słowa-miód: „Idźcie w pokoju Chrystusa”. Wtedy na moment ożywała moja wiara: „Bogu niech będą dzięki!”

Chodziłem też do spowiedzi. Kazali to szedłem, nie mając zamiaru wyspowiadać się ze wszystkich grzechów.

To co było najstraszniejsze to nuda. Zewnętrznie nawet poprawnie, ale w środku bez Bożego życia.

I właśnie o Boże życie tu chodzi.

Gdy się nawróciłem znikła nuda, a ja odkryłem niespożyte pokłady energii. To była energia ze środka, która ciągnęła mnie do kościoła, do spowiedzi, która kazała mi czytać dosłownie od deski do deski całego „Gościa Niedzielnego”, który wtedy był kolportowany w mojej parafii.

Ta energia kazała mi zdobyć i przeczytać całą Biblię, jechać na rekolekcje, zostać lektorem.

Nikt mi tego kazał. Chciałem, i to bardzo. Ta siła kazała mi wreszcie zostać księdzem.

Gdy bycie księdzem i katechetą będziemy przeżywać jako ciągnięcie ludzi gdziekolwiek, to popełnimy błąd i jednocześnie poniesiemy klęskę. Może gdzieś, czasem uda nam się kogoś gdzieś zaciągnąć. Jednak ludzi nie trzeba nigdzie ciągnąć tylko podpalać.

W jaki sposób podpala się ludzi?

To nie jest kwestia planów, trików, umiejętnego podejścia, może nawet manipulacji. Oczywiście trzeba w naszej pracy myśleć, uczyć się, zdobywać doświadczenie i będzie to bardzo przydatne.

Jednak chodzi o coś innego.

Płomień zapala się od płomienia. Życie rodzi się z życia. Miłość rodzi się z miłości.

Zacznę od pewnej anegdoty. W pewnej diecezji kilku księży obgadywało innego, którego wśród nich nie było. Tak to już jest przy obgadywaniu.

Obgadywali go na okoliczność tego, że ten ksiądz w zupełnie niespodziewany i niewytłumaczalny dla nich sposób owocnie pracuje.
W seminarium przeciętny, żaden intelektualny orzeł – wręcz przeciwnie. A tu z powodzeniem inicjuje różne rzeczy, wiele mu się udaje, wszystko z zaskakującym rozmachem.

O co chodzi? W czym tkwi jego tajemnica?

Nagle jeden z księży stawia śmiałą hipotezę:

– Słuchajcie, a może on się modli!?

Tam gdzie mężczyzna kocha kobietę, a kobieta kocha mężczyznę można spodziewać się dziecka. To działa nie tylko fizycznie, ale także duchowo. Ktoś kapitalnie kiedyś zauważył:

– Co najlepszego może dać ojciec swemu dziecku? Kochać jego matkę!

To co dzieje się w kochającym małżeństwie promieniuje i spływa na potomstwo. Z miłości rodzi się miłość.

Zapraszam teraz na Golgotę. Tam wyjaśnimy to wszystko głębiej. Będą tu inspiracje ks. Blachnickiego.

Dlaczego Maryję nazywamy Matką? To nie jest pusty tytuł ku jej chwale. Odpada też rozumowanie, że jest Matką Bożą a my Bożymi dziećmi, bo według tej logiki byłaby naszą babcią.

Tu chodzi o opis jej rzeczywistej funkcji.

Na Golgocie stykają się w jednym momencie dwie ogromne miłości. Miłość Zbawiciela, który oddaje życie, kocha swoją Matkę i wszystkich ludzi. I Miłość Maryi – czysta i bez skazy, do swojego Syna.

Taka wymiana miłości zawsze musi być płodna. Z zetknięcia takich miłości zawsze rodzi się życie. Setnik woła: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym.” (Mr 15,39b) Ta płodność dotyka nie tylko Golgoty, ale rozciąga się na każde miejsce i każdy czas.

Każdy z nas, kochając Jezusa, staje się Matką Kościoła. Z naszej miłości do Jezusa rodzić się będzie życie.

Często nie będziemy wiedzieć jak.

Katechizowano mnie 12 lat. Nie umiałem „Zdrowaś Mario”, nie chodziłem do kościoła, nie spowiadałem się, nie modliłem się. Nawróciłem się
w jednym momencie 23 sierpnia 1982 roku wieczorem.

Nie było to w kościele ani na katechezie. Nie był to „Jezus na stadionie” ani „Przystanek Jezus”. Nie była to ewangelizacja uliczna, nadmorska, ani żadna inna. Nie przeczytałem żadnej inspirującej książki, ani nie przeżyłem żadnej traumy, która mogłaby mną wstrząsnąć. Nie szukałem ani nie przeżywałem egzystencjalnego bólu.

Na korytarzu, w drodze z pokoju do pokoju, idąc po starą książeczkę do nabożeństwa, bynajmniej nie w pobożnych celach, ale planując „szkolne jaja”, poczułem, że nagle zapaliło się we mnie światło.

Jakim cudem? Nie wiem tego, może kiedyś będę wiedział. Może jakaś zakonnica za kratą bardzo się modliła? Może jakaś katechetka wycinała pomoce na lekcje, a jej serce bardzo kochało? Może jakiś ksiądz w konfesjonale, do którego znowu nikt nie przyszedł skiełczał swoje modlitwy do Boga.

Nie ma samorództwa. Życie rodzi się z życia. Ktoś mnie musiał zrodzić.

Jeśli w Tobie jest życie Boże to dlatego, że na początku w kimś innym było życie i zrodziło się w Tobie. Jeśli chcesz zrodzić życie Boże w swoim uczniu musisz mieć życie w sobie. Jeśli chcesz zapalać innych, to sam musisz płonąć. Paweł nas uczy: „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje.” (Ga 4,19)

Skoro zaś jesteśmy przy Pawle to warto zajrzeć do Listu do Filemona. Paweł tam kapitalnie określił niewolnika Onezyma. Pisze do Filemona: „Jego ci odsyłam; ty zaś jego, to jest serce moje, przyjmij do domu!” (Flm 1,12) Tak ksiądz i katecheta powinni patrzeć na swoich uczniów i wiernych, na ludzi wokół – widzieć w nich swoje serce.

Ojciec Adam Szustak przypomniał ostatnio pewne wystąpienie papieża Franciszka. Papież powiedział, że zawsze ma ze sobą dwie rzeczy, po czym wyciągnął z kieszeni porwany różaniec i pudełeczko, w której trzymał miniaturową drogę krzyżową. Porwany różaniec mówi sam za siebie, choć dobrze byłoby go jakąś nitką związać. Drogę krzyżową określił papież mianem: „Historia porażki Boga”. Kontrowersyjne to dla niektórych, ale chyba prawdziwe. Była to „porażka”, z której popłynęło zbawienie. Może tak powinniśmy przeżywać naszą służbę? Porażka, z której płynie życie?

Zamiast zakończenia

Mój wikary miał z jedną klasą dwie godziny katechezy pod rząd – siódma i ósma godzina lekcyjna. Już to, samo w sobie jest porażką.

Przychodzi kiedyś na lekcję, a klasy nie ma. Porażka?

Odbiera za chwilę wiadomość na messengerze: „Nie będzie nas na lekcji. Pojechaliśmy do Pułtuska na kebaba.” Porażka czy malutkie zwycięstwo? Przynajmniej mówią! Jest komunikacja!

Dalszy ciąg wiadomości: „Na drugą lekcję wrócimy”. To już chyba zwycięstwo?

Po chwili druga wiadomość: „Przywieźć księdzu kebaba?” Dla takich chwil się żyje.

Działajmy, służmy, upadajmy i dawajmy z siebie to co najważniejsze – życie.

A zrodzi się życie.