Posted on

Najważniejsze wydarzenia i słowa

Obszerne fragmenty dwóch konferencji wygłoszonych w Płockim Seminarium Duchownym 7 XI 2006 roku.

Najważniejsze wydarzenia

Chciałbym teraz podzielić się najważniejszymi wydarzeniami, które kształtowały moją drogę do prezbiteratu i samo już bycie księdzem. Czynię to w nadziei, że może stać się to pomocne dla was.
Najważniejsze wydarzenie to rzecz jasna moment nawrócenia. Jest to punkt zwrotny mojego życia, ten dzień jest nieporównywalny z każdym innym.
Czasem prowokująco mówię, że swoją wiarę straciłem zaraz po przyjęciu bierzmowania. Oczywiście tak naprawdę, to być może to bierzmowanie sprawiło, że doszedłem później do wiary. Fakt jest jednak faktem, że moje odchodzenie zbiegło się właśnie z ósmą klasą i sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. Pamiętam, że jako „dojrzały chrześcijanin” wybrałem jako swego patrona Tomasza Wilmowskiego – podróżnika i odkrywcę, bohatera książek, które wtedy czytałem. Pamiętam, że nawet w jakimś momencie bierzmowania poczułem moment wzruszenia.
Potem jednak, etapami odchodziłem. Najpierw zaniedbałem to co podlegało najmniejszej kontroli rodziców – osobistą modlitwę. Potem spowiedź i rekolekcje. Najtrudniej było z niedzielną Mszą św. – w mojej rodzinie nie czyniono wyjątków i nie uznawano żadnych usprawiedliwień – łatwiej było nie pójść do szkoły niż wymigać się od Mszy św.
Udało się jednak pod pozorem pójścia do innej parafii, na inną godzinę i ten obowiązek zaniedbać. Zaniedbałem także katechizację – chodziłem na nią z matrymonialnym motywem – myślałem sobie, że jeśli będę miał głupią żonę, której będzie zależało na jakiś ceremoniach w kościele, to ja, dla świętego spokoju zgodzę się na to, a więc potrzebny mi będzie jakiś papier. Przyznam się jednak, że musiałem ta przyszłą żonę mało kochać, bo na zakończenie II klasy nie chciało mi się odebrać świadectwa z tą marną trójczyną jaką mi wpisano.
Przyszedł moment, kiedy sam o siebie stwierdzałem, że jestem niewierzący, dodatkowo wiązało się to z wielką fascynacją komunizmem – oczywiście nie w wydaniu państwowym, ale takim młodzieńczym, idealistycznym, naiwnym – w kraju był początek stanu wojennego (który traktowałem jako zdradę idei komunizmu) a ja czytałem „Rozwój kapitalizmu w Rosji” Lenina z II bodaj tomu jego dzieł wszystkich. Z dumą dzieliłem się swoją postawą z kolegami, ale bałem się jeszcze powiedzieć o tym rodzicom, wiedząc jednak, że prędzej czy później będę musiał im o tym powiedzieć.
I w tym momencie dopadł mnie Pan Bóg ze swoją łaską – ani ja o nią nie prosiłem, ani się jej nie spodziewałem, ani o sprawach wiary myślałem – było to absolutnie poza moim kręgiem zainteresowań.
Zbliżał się nowy rok szkolny a mnie przyszło do głowy, że można by zrobić niezłe jaja nauczywszy się Ojcze nasz po łacinie. Pamiętałem, że tekst jest w jednej z książek do nabożeństwa. Szedłem po nią i w drodze stanęło przede mną pytanie: „A może Bóg naprawdę jest?” I natychmiastowa odpowiedź: „Naturalnie, że jest” – i runęło całe moje życie. Uwierzyłem w Boga – był 23 sierpnia 1982 roku, wieczór, w telewizji chyba akurat dziennik. Ja na korytarzu w pół kroku między pokojem a kuchnią.
Byłem zupełnym analfabetą religijnym, nie mogłem przypomnieć sobie żadnych modlitw, nie pamiętałem nawet „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”, ale wiedziałem jedno, że stałem się innym człowiekiem, że narodziłem się na nowo.
Ma to oczywiście wpływ na moje obecne życie – gdyby nie to byłbym jakimś nauczycielem matematyki czy historii, choć raczej skusiłby mnie świat polityki albo dziennikarstwo. Ma to wpływ także na moje duszpasterstwo. Zdaje sobie sprawę, że nie w każdym przypadku przymierze z Bogiem musi być zawarte w jakiś spektakularnych, dramatycznych okolicznościach, ale zwykle domagam się od ludzi wierzących określenia, kiedy się to stało, kiedy osobiście, odpowiedzialnie i w pełni świadomie uwierzyli Bogu.
Człowiek nie rodzi się z matki miesiącami i latami. Ciąża trwa – owszem – parę miesięcy, ale sam poród to kwestia godzin a czasami minut. I tak samo jest z duchowymi narodzinami. Jeśli ktoś nie potrafi określić w ścisłych ramach czasu swego nowego narodzenia to ja podaję w wątpliwość, czy ten człowiek w ogóle narodził się na nowo. Proces poszukiwań może trwać długo, dochodzenia do prawdy może trwać wiele lat, ale sam moment przebudzenia trwa moment – w tym momencie jeszcze śpię a w tym jestem już obudzony, może otrząsam się z resztek snu, ale to już nie jest sen, to jest już jawa.
Ma to proste przełożenie na styl duszpasterzowania – skoro uważam, że ważne jest w życiu przebudzenie to będzie to duszpasterstwo wstrząsów. Może z wiekiem stałem się jakiś mniej radykalny, mniej spektakularny, ale dalej uważam, że mam obowiązek budzić ludzi a nie ich usypiać i głaskać. Dlatego mimo różnych orzeczeń Kongregacji Doktryny Wiary w sprawie de Mello, autor ten pozostał nadal jednym z moich ulubionych pisarzy. Lubię go, bo jest właśnie kontrowersyjny, bo inspiruje, bo kwestionuje, bo zmusza do poszukiwań, dzięki którym człowiek będzie się rozwijał.
Sami powiedzcie – co jest lepiej czytać – różnych heretyków i rozwijać się, czy autorów poprawnych, ale zwyczajnie nudnych i tak inspirujących jak papier toaletowy.
Wspomniany de Mello zapisał gdzieś wypowiedź pewnego biskupa, który miał powiedzieć: „Gdzie pojawiał się Jezus, tam wybuchały zamieszki. Gdzie pojawiam się ja, tam mnie częstują herbatą”. Takie zdanie może więcej zdziałać w dziele przemiany czyjegoś życia niż jakiś gruby traktat pt.: „Ewangeliczny styl życia”… (kazanie miało ciąg dalszy, ale tekst się urywa w tym miejscu) 

Najważniejsze słowa

Chciałbym w tej konferencji podzielić się najważniejszymi słowami, które usłyszałem w swoim życiu i które cały czas to moje księżowskie życie kształtują.
Gdybym na jednej szali położył teologiczne traktaty, mądre książki, czy uniwersyteckie dyplomy a na drugiej tych kilka słów wypowiedzianych przez zwykłych ludzi, których kiedyś w życiu spotkałem to wybrałbym to drugie. Okazuje się, że ważniejsze jest zwykłe życie niż jakaś bardzo często abstrakcyjna mądrość.
Chcę się nimi zwyczajnie z wami podzielić, sądząc, że to co ważne dla mnie jako księdza będzie ważne także dla was zmierzających do prezbiteratu.
Najważniejsze słowo jakie usłyszałem padło w dobrym dla mnie czasie, było to na progu seminarium. W czasie oazy usłyszałem z ust moderatora taką parafrazę Herberta: „Z prądem płyną zdechłe ryby i ścierwo”. Od tego czasu umiłowałem płynięcie pod prąd. Owczy pęd, konformizm to rzeczy obrzydliwe. Przysłowie mówi, że siadłszy między wronami trzeba tak jak one krakać. Jest to dobra rada, ale dla tchórzy, dla małodusznych, dla tych, którzy nade wszystko lubią święty spokój nawet za cenę zdrady swoich ideałów.
Można rzec, że wiele jest ścierwa i padliny wokół nas i rzecz w tym, by do tego grona się nie dostać. Jak taką padlinę rozpoznać? Książe Hamlet bawi się z odrazą jednym ze swoich dworzan – mówi, że jest gorąco i słyszy, że nawet bardzo. Zaraz potem twierdzi coś przeciwnego, że jest zimno – i słyszy, że zaiste chłodnawo. Naprawdę można się brzydzić czymś takim. Tacy ludzie jednak, gdy znajdą się w innej sytuacji – gdy nie muszą się bać i schlebiać – zupełnie zmieniają swoje oblicze. W stosunku do wielkich tego świata mają słodko-pierdzący uśmiech a do ubogich i słabych okazują się ludźmi bez miłosierdzia. Znamy biblijną historię o słudze, któremu darowano wiele a sam nie potrafił darować niewspółmiernie mniej swojemu współsłudze? I dzisiaj spotkamy ludzi, którzy w stosunku do jednych będą klęczeć i jęczeć a do drugich wyciągną pięść i oplują ich – strzeżmy się takich ludzi a przede wszystkim strzeżmy się, byśmy się sami tacy nie stali.
Chcę powiedzieć, że kierowanie się dewizą chodzenia pod prąd ma wiele zalet. Człowiekowi potrzeba poczucia własnej wartości – jeśli ciągle poruszać się będzie bezmyślnie w stadzie to słusznie będzie myślał – jestem nikim, jestem zerem, jestem jednym z milionów. Jeśli postawi na nonkonformizm to zostanie tym samym wydobyty z tłumu, zauważony. Ta uwaga przekładać się będzie czasem na podchody, knowania, podstawianie nóg, ale nie będziemy już szarym tłumem – będziemy kimś.
Niech będę dobrze zrozumiany – pragnienie bycia kimś nie musi wiązać się z pychą. Jedno z piękniejszych haseł oazowych – hasło zerowego stopnia to – Maryjo spraw abym stał się kimś. Bóg chce byśmy byli kimś, byśmy mieli kręgosłup, własne zdanie, opinie, posługiwali się własną wolą, byśmy byli odważni i gotowi bronić swoich wartości. Bóg nie chce padliny i ścierwa.
W starym testamencie ofiara składana na ołtarzu musiała być najlepszej jakości – najczystsza mąka, zdrowe zwierzę – nie jakieś odpady, zwierzę chore czy kalekie. Jeśli mówimy o tym, ze prezbiter ma złożyć siebie w ofierze, to tak samo zobowiązany jest do tego, by była to ofiara o największej wartości. Nie można mówić – jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz. Bóg nie jest zainteresowany padliną. Jezus chce w swoich prezbiterach mieć swoje czerwone berety – jednostki zdolne do wszystkich działań, na wszystkich frontach i we wszystkich warunkach. To nie mogą być jacyś maruderzy, maminsynki, siuśmajtki. Prezbiter musi być aktywny, twórczy, odważny i twardy.
Tymczasem sytuacja w Polsce jest taka, że większej aktywności, twórczości, odwagi i twardości wymaga zwykłe świeckie życie niż życie prezbitera. Czy boisz się o to, czy będziesz miał pracę, gdzie mieszkać? Czy boisz się o utrzymanie siebie i rodziny? Bycie księdzem to obecnie swoisty luksus – jest nam oszczędzone wiele trosk naszych rówieśników.
Może by się przydało to, co mają w swoim przygotowaniu do bycia pastorem zielonoświątkowcy z jednego z Kościołów. Owszem przygotowują swoich kandydatów na pastorów intelektualnie i duchowo, ale najważniejszy jest egzamin praktyczny – jeśli chcesz być pastorem to pokaż, że jesteś do tego zdolny – i wysyłają chłopaków do tych dzielnic, miejscowości, gdzie nie ma ich wspólnot z zadaniem stworzenia takich wspólnot. Znajdź sobie mieszkanie, znajdź prace, utrzymaj siebie a jednocześnie ewangelizuj i załóż Kościół. Bardzo konkretny, życiowy, praktyczny egzamin – padlina i ścierwo na pewno tego nie zda.
Realia są inne – przyjmiesz święcenia i biskup wskaże ci parafię, proboszcz mieszkanie, dyrektor bez żadnego „ale” zatrudni w szkole. Może jeszcze, nie daj Boże, będziesz sarkał, że chciałeś w mieście a wylądowałeś na wsi, że chciałeś katechizować w elitarnym liceum a u musisz użerać się z chłopakami z zawodówek, że liczyłeś na 2,5 tysiąca miesięcznych dochodów a klepiesz biedę bo masz tylko 1,5 tysiąca. I nie daj Boże, cała twoja aktywność i twórczość będzie poświęcona temu, by uwić sobie ciepłe gniazdko – podlizać się komu trzeba, jeśli pracować to pod publiczkę, czy raczej pod proboszcza i biskupa, albo dla własnej pychy, i patrzeć tylko, gdzie można skosić jak największą kasę.
Znowu chcę być dobrze zrozumiany – uważam, że nie musi się wszystko podobać, że można dyskutować z nominacjami biskupa, postawić się proboszczowi, ale motywem takiego postępowania nie może być mój osobisty, partykularny i – bądźmy szczerzy – przyziemny interes, ale dobro Kościoła i ludzi nam powierzonych.
Mam to szczęście, że moi przyjaciele nie są moimi pochlebcami – kochają mnie i ja kocham ich, ale kiedy coś odwalę to mówią mi: „spieprzyłeś kazanie”, „to była najgłupsza z możliwych decyzji”, „źle robisz”. Myślicie, że łatwo tego słuchać? Każdy chciałby słyszeć, że jest mądry, piękny i nieomylny – ja też. Niestety popełniam błędy i robię świństwa – a przyjaciele nie pozwalają mi tkwić w samozadowoleniu, skryć się za jakimiś mechanizmami obronnymi.
Chciałbym, by wszyscy – papież, biskupi i wszyscy przełożeni, każdy z nas, miał wokół siebie takich właśnie przyjaciół a nie pochlebców, którzy przez ciągłe podlizywanie się dadzą złudną wiarę we własną doskonałość i nieomylność. Jednak prawdziwy przyjaciel nie może być padliną i ścierwem.
Płynięcie pod prąd wymaga jednak trudu i podjęcia ryzyka. Człowiek dojrzały słyszący słowa krytyki przemyśli je, nie przyjmie ich bezkrytycznie (to by była druga skrajność), ale przyjmie je poważnie i zwiększy się jego szacunek dla krytykującego. Co jednak się stanie, gdy trafimy na człowieka niedojrzałego – niezdolnego do przyjęcia słów krytyki? Można powiedzieć, że to jego a nie nasz problem. Naszym zadaniem jest upomnieć grzeszących, pouczyć nieumiejętnych, oświecić błądzących – z tego będziemy rozliczani i musimy to robić nawet jeśli możemy stracić głowę. Co upomniana osoba z tym zrobi to już jest jej sprawa i sąd Boży nad nią.
Gdy jesteśmy w Kościele to znowu mamy komfortowe warunki – co może nas złego spotkać? No co? Nic! Chyba, że ktoś uważa, że tytuł kanonika lub prałata jest tyle warty, albo istotne dla niego jest to, że pozbawiony będzie jakiś awansów, lepszego wikariatu, lepszej parafii. Z kuli ziemskiej nas nie zepchną – wszędzie są ludzie, którzy czekają na ewangelię i są równie ważni dla Boga. Troszcz się tylko o swoją wiarę, zachowuj przykazania, przestrzegaj Prawa Kanonicznego a nic ci nie grozi.
Zrozumienie tej rzeczy daje rzecz wspaniałą – poczucie wolności. Jest taka scena w filmie „Brat Słońce, siostra Księżyc”, gdzie ktoś zafascynowany św. Franciszkiem wyrusza naprzeciw orszaku cesarza i krzyczy do niego co o nim myśli, o jego grzechach i pysze i wzywa do nawrócenia. Ochrona cesarza zupełnie beznamiętnie chwyta go z wysokości swych siodeł pod pachy i rzuca gdzieś na bok – w błoto. Orszak nie zatrzymuje się nawet na chwilę, nikogo nie poruszyły słowa tego spontanicznego kaznodziei. Człowiek ten jednak wstaje i aż podskakuje z radości – powiedziałem mu, powiedziałem mu. Padlina i ścierwo nigdy nie zdobędzie się na taki gest, ale też nigdy nie będzie doświadczać radości prawdziwej wolności.
Jeśli mamy z tego dnia skupienia wynieść tylko jedno zdanie, to proponuję właśnie to: „Z prądem płyną tylko zdechłe ryby i ścierwo”.
Czas na kolejne słowa, były one dla mnie szczególnie ważne w podejmowaniu decyzji o pójściu do seminarium i zostaniu księdzem, więc może i dla kogoś z was okażą się istotne.
W czasie oazy, było to po III klasie liceum poszedłem z jedną z animatorek na wyprawę otwartych oczu. Mówiłem jej o swoich rozterkach, pragnieniach pójścia do seminarium i normalnych ludzkich pragnieniach ludzkiej miłości, założenia rodziny, wychowania dzieci. I usłyszałem wtedy bardzo mądre słowa: „Zbychu, to ty sam podejmiesz decyzję, ale podejmując ją nie myśl, że staniesz się świetnym i świętym księdzem, mówiącym porywające kazania, pociągającym za sobą tłumy, któremu wszystko się udaje, który jest doceniony, który nie ma problemów z wiarą. Nie myśl też, że poślubiasz śliczną, mądrą i dobrą kobietę, że jest wam dobrze i doskonale się rozumiecie, że dobrze zarabiacie i macie piękne mieszkanie, że wasze dzieci są waszą radością – są zdrowe, mądre i dobrze wychowane. Ty, Zbychu, myśl inaczej, myśl o tym, że jesteś księdzem nieudacznikiem, nie rozumie cię biskup, proboszcz pogardza. Sam nie wiesz o czym było twoje kazanie, ludzie się z ciebie śmieją, masz problemy z samym sobą, kłopoty z wiarą, chorujesz i pies z kulawą noga się tobą nie interesuje a na dodatek zostałeś alkoholikiem. I pomyśl, że poślubiłeś kobietę, ale dotyka cię wiele nieszczęść – żona ulega wypadkowi i skazana jest na wózek, ma oszpeconą twarz. Trzeba troszczyć się o nią jak o dziecko, przewijać ją a ona jeszcze sarka i mówi, że wszystko robisz źle. Nie masz pracy, mieszkasz w jakiejś norze. Masz syna, który się ciebie wstydzi i został narkomanem. I w takim dopiero kontekście, Zbychu, podejmuj decyzję.”
Dziewczyna miała rację, takie podejście do powołania oczyszcza intencje, to nie sukces, ludzkie uwielbienie, czy sensowność ofiary złożonej z siebie jest motywem zostania księdzem, ale coś głębszego – pokój płynący z faktu, że realizuje się wolę nie swoją, ale Pana Boga.
Wiele w życiu miałem dylematów i wiele razy nad swoim kapłaństwem płakałem i mnóstwo rzeczy mi normalnie nie wychodziło, ale nigdy nie miałem wątpliwości, że zpm powinien być księdzem. Tylko jako ksiądz mogę mieć szanse na pokój swego serca. Pamiętam taką mszę św., na początku którejś oazy, gdzie w czasie przeistoczenia w jakimś niesłychanym świetle i pokoju przeżyłem prawdę, że zwyczajnie jestem na swoim miejscu. I każde inne miejsce byłoby już nie-moim-miejscem.
W drodze do prezbiteratu ważne jest poznanie swoich motywów – czego się szuka. Najczęściej w podaniach pisze się o pragnieniu służenia Bogu i ludziom, ale tak naprawdę w grę mogą wchodzić inne motywy – może nie do końca uświadomione, ale istotne. Może to być szukanie poczucia bezpieczeństwa, które daje włączenie się do solidnej organizacji o światowym zasięgu i z boską obietnicą wiecznego trwania. Może być zwyczajne wygodnictwo – normalnie ksiądz powinien na nos upadać od nawału obowiązków, ale doskonale wiemy, że tak się może ustawić, że będzie tylko spał, jadł i liczył kasę. (kiedyś spytali takie lenia – człowieku przecież ty bierzesz pieniądze od ludzi i ze zwykłej sprawiedliwości powinieneś coś im dać. A on głęboko oburzony odpowiedział: o co wam chodzi? Ja zachowuję celibat a oni płacą mi odszkodowanie). Może tu w grę wchodzić jakieś chorobliwe pragnienie władzy. Ostatecznie każdy ksiądz jest pasterzem – mniejszego czy większego stada – i zawsze będą ludzie, dla których ta władza jest celem samym w sobie, po prostu to kochają.
Dlatego tak ważne jest poznanie swoich motywów i ich oczyszczenie. To jest bardzo trudne zadanie. Nie ma chyba większego cygana nad kleryka – większym cyganem może być tylko ksiądz. Podam przykład – dobrych kilka lat temu pojechałem na I tydzień rekolekcji ignacjańskich z głębokim pragnieniem nawrócenia. Myślicie, że ja chciałem się nawrócić? Rekolekcje były bardzo owocne przez zdarcie maski z moich motywów i intencji. Odkryłem prawdę o sobie – ja tak naprawdę nie pragnąłem nawrócenia, ja pragnąłem tylko tego, żeby nie cierpieć. Pozbycie się zaś cierpienia to zupełnie coś innego niż nawrócenie.
Kolejne ważne słowa wyniosłem z przedszkola. To słowa zapisane w jakimś albumie na fotografie, który dostałem chyba na zakończenie mojego pobytu w przedszkolu. Był to taki rymowany wierszyk, którego sensem było to, bym pamiętał o trzech słowach – proszę, dziękuję, przepraszam. Te słowa jakoś drzemały we mnie i potrzeba było czasu i pewnych wydarzeń, by je obudzić.
W pewnym okresie mojej pracy w parafii istniała mocna służba liturgiczna. To żadna moja zasługa – to sprawka proboszcza i księży, którzy ze mną pracowali. Chłopacy bez żadnych problemów mogli z miejsca wystawić dwie pełne asysty, które chodziły jak w zegarku.
Kiedyś jeden z chłopaków – tych co mówią prawdę a nie podlizują się – powiedział mi: „księże, ksiądz nam nigdy nie podziękował”. Faktycznie tak było – lubiłem tych chłopaków, ale brałem ich służbę jak swoją własność, jako coś oczywistego, coś co się należy.
Oczywiście sensem ministranckiej czy lektorskiej służby nie jest oczekiwanie pochwał i dziękowanie, ale takie słowa po prostu, ze sprawiedliwości się należą.
Nie ma bardziej przykrego widoku niż ksiądz, który zwyczajnie schamiał, który zatracił jakąś podstawową wrażliwość.
Przychodzi mi pracować z wieloma ludźmi świeckimi. I jestem chyba z nimi w dobrych relacjach, bo mówią mi to, czego normalnie księdzu by nie powiedzieli. I mówią jak dotknięci są taką butą księży, poczuciem wyższości, który okazują na każdym miejscu… (kazanie miało ciąg dalszy, ale tekst się urywa w tym miejscu)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *