Posted on

Nie ma zgody!

XI niedziela zwykła, C; 2 Sm 12,1.7-10.13; Ps 32,1-2.5.7.11; Ga 2,16.19-21; 1 J 4,10b; Łk 7,36-8,3; Winnica 16 czerwca 2013 roku.

W życiu cenimy przyjaźń. Cieszymy się jeśli mamy przyjaciół i jest nam źle, gdy tych przyjaciół brakuje. Biblia zbiera to doświadczenie w słowach: "Wierny (…) przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł." (Syr 7,13)

Wiemy jednak, że z tymi przyjaciółmi bywa różnie. Są przyjaźnie nieszczere, fałszywe, z wyrachowania. Bywa, że przyjaciel zdradzi. Zwykle to trudne sytuacje są momentami sprawdzenia przyjaciela – jaki on jest naprawdę. Dlatego mówimy, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

Jezus też chce mieć przyjaciół. To jest istota więzi jaka powinna być między Jezusem a ludźmi. Jezus mówi: "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, (…) ale nazwałem was przyjaciółmi." (J 15,13-15a.15c)

Nie sługa, ale przyjaciel, nie niewolnik, ale syn.

Warto zbadać swoją relację do Jezusa. Podpowiedzią mogą być nasze uczucia. Prosty przykład – jesteśmy w kościele. Nie będzie żadnym odkryciem, gdy powiem, że mogły nami kierować różne motywy. Zbadaj więc, co czułeś, gdy szedłeś do tego kościoła. Chciałeś tu być, cieszyłeś się na ten moment? To są cechy przyjaźni, przyjaciele lubią się spotykać i cieszą się ze spotkania. A może "musiałeś" tu przyjść? Kto "musi"? Sługa musi, niewolnik musi.

Musiałeś czy chciałeś? Przymus czy pragnienie? Niewolnikiem jesteś czy przyjacielem? Odpowiedz sobie szczerze.

W starożytności niewolnicy umywali nogi swoich panów. Musieli to robić. Kobieta w ewangelii umyła nogi Jezusowi, ale nie musiała tego robić. Ona chciała. Chciała być blisko niego, chciała go dotknąć. Obmyła stopy swoimi łzami żalu, wytarła włosami, które przestały być reklamą jej prostytucji a stały się ręcznikiem. Pokryła stopy pocałunkami – nie za pieniądze, ale z serca. Troskliwie namaściła olejkiem jak matka namaszcza ciało swojego dziecka.

To ważne rozróżnienie kim się jest w kościele? Czy sługą – niewolnikiem? Czy przyjacielem – oblubienicą?

Słyszycie czasem w moich kazaniach słowa dziwne – paradoksalne. Jak choćby w ostatnim kazaniu, na Boże Ciało, gdy mówiłem: "W ogóle mi nie zależy byście chodzili do kościoła i spowiadali się. Nie zależy mi na tym. Nie zależy mi na tym, bo można chodzić do kościoła, spowiadać się i przyjmować komunię święta, i być żywym trupem."

Czy ksiądz może mówić, że nie zależy mu na tym, by było dużo ludzi w kościele? Czy ksiądz powinien nazywać niektórych trupami?

Tak – ksiądz może i powinien mówić, że nie zależy mu na tym, by było dużo ludzi w kościele, gdy wie, że jakaś ich część to słudzy i niewolnicy, którzy muszą. Są tu, bo muszą być a tymczasem Bóg chce mieć tu w kościele tylko tych, którzy chcą – kochają i pragną.

Tak – ksiądz powinien nazywać niektórych trupami, bo tak naucza Biblia. Życie bez Boga to śmierć, to bycie trupem.

Zauważcie jednak, że nigdy nie mówię, że TY jesteś trupem. Na nikogo nie wskazuję, nikogo nie osądzam. Nie jestem do tego powołany. Głoszę Słowo Boże a każdy z was powinien to przyłożyć do siebie. Każdy z was o sobie samym powinien wydać wyrok. Czujesz, że słowo, które słyszysz oskarża cię? To masz rzeczywiście problem, ale masz go ze sobą a nie ze słowem, które słyszysz czy księdzem, który je głosi.

  

       Czytaj także: Kazanie - Wspólna kasa z Bogiem...

 

Gdy usłyszysz lekarza, który mówi "ma pan raka" to masz problem. Bardzo duży problem. Problem jest jednak w tobie, polega on na tym, że jesteś chory, a nie na tym, że usłyszałeś diagnozę, nie na tym, że lekarz ci to powiedział.

Obrazisz się na lekarza? Podziękuj mu raczej, bo może zdążysz uratować życie.

Jednak lekarz może się pomylić. Może być i tak, że jakiemuś księdzu rozum odejmie. Dlatego mówię – nie bierz na wiarę żadnego mojego słowa. Każde moje słowo niech będzie wysłuchane, ale każde niech będzie też sprawdzone. Bierz do ręki Biblię i sprawdzaj. Bądź czujny, wnikliwy i krytyczny. Sprawdzaj wszystko, byś mógł dojść do prawdy. I byś mógł ją przyjąć – nawet jeśli będzie nieprzyjemna, bolesna i mocno śmierdząca.

W ostatnim kazaniu powiedziałem: "Człowiek bez Boga jest trupem." Co upoważnia do takich radykalnych twierdzeń? Sama Biblia, i to już od samego początku.

W raju Bóg dał człowiekowi wszystko. I dał mu przykazanie – z jednego drzewa nie wolno ci jeść: "Z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz." (Rdz 2,17)

Bóg powiedział, że jeśli człowiek przekroczy Boże przykazanie to umrze.

Wiemy doskonale, że Adam i Ewa przekroczyli to Boże przykazanie – zerwali owoc i zjedli. I żyli potem, może nieszczęśliwie, ale na pewno długo. Bardzo długo.

A Bóg powiedział przecież: "niechybnie umrzesz". Bóg oszukał? Nie! Modlimy się: "Wierzę w Ciebie, Boże żywy, w Trójcy jedyny, prawdziwy. Wierzę w coś Objawił Boże, Twe słowo mylić nie może". Boże słowo nie może mylić.

Skoro Bóg powiedział, że po grzechu czeka człowieka śmierć to znaczy, że śmierć go dopadnie. I to nie kiedyś, ale od razu. W Nowym Testamencie Apostoł Paweł przekazał tę prawdę dobitnie: "Zapłatą za grzech jest śmierć". (Rz 6,23)

Musimy wierzyć, że grzech sprowadza śmierć. Biblia każe nam wierzyć, że po grzechu stajemy się martwi, jesteśmy trupami.

Zwróćmy uwagę na puentę przypowieści o synu marnotrawnym. Ojciec mówi o swoim synu: "Mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". (Łk 15,24a)

Odejście syna – jego grzech – nazywa śmiercią. Jego nawrócenie – powrót – nazywa powrotem do życia.

Był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się.

Śmierć ciała to oddzielenie ciała od duszy. Śmierć duszy to jej oddzielenie od Boga.

Ale śmierć to śmierć. Trup to trup.

Powiedziałem w ostatnim kazaniu: "Większość ludzi w Kościele to żywe trupy."

Dlaczego tak powiedziałem? Bo żyją ich ciała, ale dusza jest martwa. Martwa, bo oddzielona od Boga. Spójrzcie i policzcie ilu was przyjdzie do komunii. Większość zostanie w swoich ławkach.

I powiem jeszcze jedno. To nie jest problem grzechu. Ja i ty jesteśmy grzesznikami, wszyscy ludzie zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej. Grzeszymy, jesteśmy słabi, upadamy.

Problem jest gdzieś indziej. Znowu słuchaj swoich myśli i pytaj swojego sumienia. Wielu ludzi żyje bez Boga, w grzechu, bez komunii, bez modlitwy i… dobrze im z tym.

Ich stan nie wywołuje żadnych refleksji, żadnego dyskomfortu. Życie w grzechu staje się stanem naturalnym, standardem – niczym nie trzeba się przejmować.

Owszem raz w roku, na święta "trzeba" do spowiedzi, ale zwykły czas to bez Boga. I dobrze jest, i tak ma być!

I co ten ksiądz gada? Ano gada, że nie ma zgody na życie w grzechu, nie ma zgody na życie bez Boga, nie ma zgody na fałszywą przyjaźń z Bogiem, nie ma zgody na udawanie i bylejakość.

Kogo chcecie? Lekarza, który w chwili, gdy zżera was rak będzie wam dawał witaminę c i suplementy diety, i przekonywał was o doskonałym stanie waszego zdrowia?

Nie ma zgody! Nie ma zgody, gdy w rodzinach jest nienawiść i najbliżsi nie rozmawiają ze sobą. Nie ma zgody na pijaństwo i niemoralność. Nie ma zgody na plotki, obmowy i oszczerstwa. Nie ma zgody na nieuczciwość i niewierność małżeńską. Nie ma zgody na gwałcenie niedzieli i robienie z niej dnia jak każdy inny. Nie ma zgody na deptanie Bożego prawa.

Czy wszyscy tak robią? Czy wszystko to robią? Oczywiście, że nie. Ale jak mówię słuchaj echa swego serca, słuchaj sumienia.

Nie ma zgody na chrześcijaństwo na 5%, nie ma zgody na wiarę od święta i większego dzwonu.

Długo by jeszcze mówić.

Nie mówię tego wszystkiego z poczucia wyższości. Nie potępiam nikogo i nie przekreślam. Sam uważam się za grzesznika i poroniony płód. Mówię to wszystko, bo mi na was zależy, bo nie mogę patrzeć jak giniecie – a ciągle giniecie na moich oczach. Mówię to w duchu troski i odpowiedzialności za was.

Czy przyszedłem tu dorobić się? Nachapać się? Wygodnie żyć? Gdyby tak było to głaskałbym was czule i cały czas się uśmiechał. Nie będę się cały czas uśmiechał i głaskał. Możecie jednak być pewni, że jesteście w moim sercu.

Nie w grzechu problem. "Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna." (Iz 1,18bc)

Problem w tym, by ten grzech zobaczyć i uznać. Problem, by nad tym grzechem zapłakać. Problem w tym, by z tym grzechem przyjść do Jezusa, do przyjaciela.

Tak jak kobieta z ewangelii. Wiele, bardzo wiele miała na sumieniu. Była brudna, ale przyszła i zapłakała.

Przyszła do Jezusa prostytutka.

Odeszła czysta i święta.

23 thoughts on “Nie ma zgody!

  1. Próbny komentarz

    1. Piękne kazanko. Napewno część z niego jutro na ambonie "wykorzystam". Dziękuję Księże.

  2. Bardzo głębokie i mądre słowa. Gdyby każdy, choć po części, zagłębił się w nie dojdzie do wniosku, że są ludzie, którzy faktycznie przychodzą do kościoła na Mszę św. tylko z obowiązku. Bo co inni powiedzą?  Fałszywe postępowanie. Najbardziej boli mnie fakt, że są duchowni, dla których liczą się tylko ci wierni, którzy są sponsorami, którzy zapraszają na wystawne przyjęcia często zakrapiane. Oni są ważni! Ci wszyscy, którzy przychodzą na spotkania z Chrystusem z czystym kochającym sercem są na drugim albo dalszym planie. Wiem, Pan, który widzi w ukryciu, odda tobie…  Jednak do oczu podchodzą łzy kiedy nie idziesz na Mszę św., bo nie masz pieniędzy, by wrzucić do koszyka a zbierający tak ci podsunie pod nos, że czujesz zapadanie się pod ziemię. Każdy z nas jest grzesznikiem jak Ojciec podkreślał. Każdy… Ale to właśnie ci ubodzy, ci kochający szczerze modlą się za kapłanów, grzeszników, dusze w czyśćcu cierpiące… Oni są silni i niech chociaż od czasu do czasu, kiedy nie ma intencji mszalnych, proboszcz modli się za obecnych lub chorych… Tylko tyle.

  3. Dziękuję Księdzu za piękne kazanie. Urzeka mnie Ksiądz swoją prostotą,
    szczerością słów płynących z serca, troską o ludzkie sprawy i ludzkie dusze.
    Ja osobiście bardzo tego potrzebuję i cieszę się że mogę czytać te kazania, bo pomagają mi zastanawiać się głębiej nad sobą i nad relacjami z Panem Bogiem . Tak jak w piosence "dziś prawdziwych cyganów już nie ma" w dzisiejszym świecie można powiedzieć – dziś prawdziwych przyjaciół już nie ma.! Jedynym przyjacielem jest Jezus.Nigdy nie można przejść obojętnie przy Kościele mając świadomość, że tam jest Ktoś Kto na mnie czeka, jak najlepsza matka czekająca na odwiedziny swoich ukochanych dzieci.Jezus za to wynagradza bardzo obficie, nieważne czy ktoś jest biedny czy bogaty.Obdarza różnymi łaskami, a najwięksżą łaską jest żyć w łasce uświęcającej, żyć beż grzechu ciężkiego, być pokornym, mieć otwarte serca dla innych i nie być niepotrzebnie gadatliwym i obłudnym.
    Szczęść Boże Księże Zbyszku!

  4. Piękne kazanie…taka jest prawda i szkoda że nie we wszystkich kościołach tak się mówi….tylko ogródkami …nie do końca..też byłam tym trupem ale zapłakałam na rekolekcjach ojca Manjackala……..no i oczywiście moje  życie zmieniło się o 180 Stopni…..jestem szczęśliwa bo żyje w przyjaźni z BOGIEM i wszystkim tego życzę…..

  5. Bardzo serdecznie dziękuję za pięknie Słowo o Kazaniu, zgadzam się i mnie się przypomniałam o moim wspaniałym przyjaciół, ale zyją byle co i nic nie wróci uwagę, reszta napiszę na e-maila, Pozdrawiam i Szczęść Boże!

  6. Piękne słowa aby tak wszyscy żyli świat byłby piękny i radosny.Tak nie dużo trzeba tylko chciec życ w łasce uświęcającej. Pozdrawiam .Szczęsc Boże

  7. Bardzo mocne. Bardzo dobre, głębokie słowa. Dziękuję kolejny raz za mądrość, świadomość powołania. Niech Bóg napełnia serce księdza swoją mądrością.

  8. a ja na kazaniu słyszałam że to nie jest powiedziane że to była prostytutka. Podobno faryzeusze nie pozwolili by taka kobieta przyszła do ich, oni dbali o to co czyste a co nie czyste. Więc jak to jest prostytutka czy kobieta prowadząca życie grzeszne – może jakieś malwersacje finansowe albo inne przekręty????

    1. Bazujemy tylko na poszlakach.
      Dla mnie dwa
      – włosy bez przykrycia, których można było użyć, tak chodziły prostyutki
      – i zrobiła to co umiała – jakby nie patrzeć była to wyrafinowana pieszczota

  9. Dziękuję za te słowa. Szkoda, że księdza już nie ma w naszej parafii.

  10. Byłem w sobotę 🙂

    o 17.00 na ślubie

  11. A dla mnie zabrakło  w nim przekazie delikatności.

  12. Bardzo dziekuje  za piekne kazanie,ja rowniez ciesze sie ze moge czytac to kazanie,ktore mi tez pomaga zastanowic sie nad soba I  nad relacjami z panem Bogiem.

  13. Przekonujące słowa. Najsmutniejsze dla mnie jest to , że ludzie łamanie przykazań Bożych nie nazywają grzechem tylko znajdują usprawiedliwienie dla swoich grzesznych zachowań.

  14. Dziekuje Ksiedzu za to „gadanie” za wymienianie tego na co nie ma zgody – na życie w grzechu, na życie bez Boga, na fałszywą przyjaźń z Bogiem, udawanie i bylejakość i za wszystkie inne przestrogi.
    Dziekuje Ksiedzu za trzezwosc umyslu i obstawanie za Prawda, za to, ze Prawda jest Prawda i trzeba jej sie trzymac.
    Dziekuje Ksiedzu, ze idzie Ksiadz Droga ktora prowadzi do celu.
    Dziekuje Ksiedzu, ze chce ksiadz innych do tego celu doprowadzic.
    Ksiedza kazanie wyprostowalo mnie, bo niekiedy mam wrazenie, ze slysze na kazaniach herezje a nie nauke Jezusa.
    Maryla

  15. Poruszajace az do szpiku kosci Prawdziwe do bolu Zycze wszystkim i sobie refleksji nad wlasnym zyciem i odniesieniem do Boga

  16. „W ogóle mi nie zależy byście chodzili do kościoła” – cóż, niezwykle prowokujące stwierdzenie, ale raczej w nie nie wierzę, mimo, że nie znam Księdza osobiście :-). Ale to chyba dobrze, że Ksiądz w ten sposób prowokuje – może w kimś przebudzi się myślenie, sumienie, może coś w kimś drgnie.
    To dobrze, że ludzie chodzą do kościoła, dobrze, że chodzą te żywe trupy. Bo to nie zdrowi potrzebują lekarza, ale ci, który się źle mają (przepraszam, jeśli gdzieś niezbyt dosłownie zacytuję Pismo Św., ale nocy by mi zabrakło, by sprawdzać). Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze, że wiara rodzi się ze słuchania słów Chrystusa. Gdzie jest większe prawdopodobieństwo usłyszenia tych słów, jeśli nie w kościele? Przychodzą trupy – i dobrze, może jednak czegoś szukają, sami nie wiedząc dokładnie czego. Ja też kiedyś byłam takim żywym trupem – słuchałam, a nie słyszałam, patrzyłam, a nie widziałam. I to nie moja zasługa, że łuski spadły z moich oczu, że moje uszy zaczęły słyszeć. Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Bez Ducha Świętego człowiek nie może powiedzieć, że Jezus jest Panem.
    To prawda, że za brak wiary winien jest grzech. Najczęściej własny, czasem cudzy, który potem przekłada się na nasz własny. A konsekwencją grzechu jest śmierć. Człowiek zaczyna chować się w krzaki przed Bogiem, traci ufność w Jego miłosierdzie, w to, że Bóg jest dobry, że się o niego troszczy. I wtedy staje się trupem. Człowiek, który w swym życiu nie zaznał miłości od ludzi, nie będzie w stanie pojąć, że Bóg go kocha, i to takiego, jakim jest, z wszystkim jego wadami, przywarami, wyglądem, itp. Że kocha go bezwarunkowo i zawsze, że wszystko mu wybaczy, że nie musi na tę miłość starać się zasługiwać. Nie zasługiwał na miłość ludzi, to dlaczego Bóg miałby go kochać? Traci nadzieję. A do kościoła chodzi, bo gdzieś kiedyś mu wpojono, że tak trzeba. I dobrze, że chodzi. Bo właśnie tam ma szansę na otrzymanie tego, co najważniejsze – Wiary, Nadziei i Miłości.
    Jestem pełna szacunku i uznania dla tego, co Ksiądz robi. Jeżeli Ksiądz będzie „siał” i „podlewał”, to Pan Bóg da wzrost (i na pewno już wielokrotnie dał). Przyszedł mi też na myśl fragment z księgi Ezechiela (znalazłam właśnie i wklejam): «Prorokuj nad tymi kośćmi i mów do nich: Wyschłe kości, słuchajcie słowa Pana! Tak mówi Pan Bóg: Oto Ja wam daję ducha, byście ożyły. Chcę was otoczyć ścięgnami i sprawić, byście obrosły ciałem, i przybrać was w skórę, i dać wam ducha, byście ożyły i poznały, że Ja jestem Pan»
    Czas spać 🙂
    Pozdrawiam wszystkich serdecznie

    1. Oczywiście nikogo z kościoła nie przepędzam, w nadziei, że coś dotrze.
      Problem jednak jest taki, że zimni mają bliżej do Jezusa niż ci letni. Może to paradoks, ale jest coś na rzeczy.
      Najgorsza sytuacja (wcale częsta) to taka, że chodzenie do kościoła konserwuje i umacnia własną głuchotę.

      1. W zupełności się z Księdzem zgadzam, często również odnoszę takie wrażenie. Zazwyczaj staram się nie wdawać nawet w myślach w osądy innych, ale tak całkiem, to się raczej nie da. Kiedyś żyłam daleko od Boga, zachowując jakieś tam pozory religijności. Byłam głucha na Słowo Boże i przyjmowałam tylko to, co było dla mnie w danym momencie wygodne. Podobnie było z nauką Kościoła. Byłam taką katolicką poganką. Pan Bóg mnie dotknął 4 lata temu, właśnie podczas tych rekolekcji na SN, o których Ksiądz pisał w swoim kazaniu.
        Uzdrowienie z depresji było dopiero początkiem. Potem rozpoczął się proces nawracania, który trwa do dziś i pewnie będzie trwał do końca życia (a przynajmniej mam nadzieję, że nigdy nie uznam, że już jestem doskonale nawrócona). W zapale neofitki dzieliłam się swoją radością ze spotkania Jezusa z innymi. Podczas rozmowy z pewną moją znajomą powiedziałam coś w rodzaju, że jestem w trakcie procesu nawracania. Wywołało to u niej oburzenie i bulwersację – co ja za głupoty opowiadam – nawracać to się mogą innowiercy i jacyś poganie, a ona, odkąd mnie zna, widzi mnie co niedziela w kościele, wie, że nie kradnę, że jestem porządnym człowiekiem, dobrze się prowadzę, itp. O czym ja w ogóle mówię? Czułam się bezsilna i zdruzgotana tym, jak ona nic nie pojmuje. I znam mnóstwo ludzi, którzy myślą podobnie. Chodzą regularnie do kościoła, czasem do spowiedzi, uważają się za porządnych ludzi – przecież nikogo nie zabili (a aborcja – przecież to jeszcze nie człowiek), nie kradną, a jeśli już to tylko trochę i nie robią przy tym nikomu krzywdy, bo to państwowe, czyli niczyje, itp. Deklarują się katolikami, a wierzą w reinkarnację, jakieś czary-mary, słoniki na szczęście, lustra, które, gdy się zbiją przynoszą 7 lat nieszczęścia, Żyda na obrazku, który ma zapewnić dobrobyt. Deklarują, że wierzą w Boga, ale Szatan, to już straszak na niegrzeczne dzieci.
        Jeśli człowiek sięgnie dna, to ma się od czego odbić i wypłynąć na powierzchnię, gdy zaś dryfuje zanurzony w ciepławym bagienku, to się z niego nie wydostanie, zwłaszcza, gdy jest mu z tym dobrze. Samozadowolenie wypływające z wypełniania praktyk religijnych (zazwyczaj tylko niektórych), przekonanie, że przecież inni są znacznie gorsi od nas, faktycznie „konserwuje i umacnia własną głuchotę”. Ale Pan Bóg każdemu człowiekowi daje szansę. Jak nie ma innego wyjścia, czasem musi kogoś porządnie „przeczołgać”. Podobnie jak Ksiądz wychodzę z założenia, że na żadnym człowieku nie można postawić kreski, bo Bóg dla każdego znajdzie ratunek, jest o wiele bardziej miłosierny i pomysłowy, niż jestem w stanie to sobie wyobrazić. Byleby tylko człowiek ten ratunek chciał przyjąć. Ale grzesznych powinniśmy napominać – wszyscy. Tylko ja zazwyczaj nie mam tyle odwagi, co Ksiądz.
        A nam pozostaje robić swoje, czyli służyć Panu Bogu tak, jak potrafimy najlepiej, pójść tam, gdzie nas pośle i, przede wszystkim, cały czas go czcić i wielbić.
        Pozdrawiam serdecznie 🙂

  17. Dzięki .Myślę ,jak nie popaś w rutynę przyjmując Ciało Chrystusa.Co mam zrobi? kiedy na swojej drodze spotykamy kusiciela nawet w najbliższych.Mieć oczy i uszy zatkane?Proszę o odpowiedż
    A SWOIA DROGĄ–
    Nie wierzy ,ze tego wszystkiego co Ksiądz mówi, chce dla nas wszystkich ,ale to może jest metoda ,by zainteresować innych.

    1. Zatykanie uszu i zasłanianie oczu chyba nie pomoże.
      Raczej napełnienie jednego i drugiego dobrą treścią.

      A to co piszę to piszę na serio, widząc jednak w tym dobro tych, do których adresuję to słowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *