Posted on

Trzasnąć drzwiami w starej ruderze

I niedziela Adwentu, C

Dzisiejsze czytania: Jr 33,14-16; Ps 25,4-5.8-10.14; 1 Tes 3,12-4,2; Ps 85,8; Łk 21,25-28.34-36

Jaki chrześcijański jest ten kraj! W każdej większej miejscowości wieże kościoła, czasem kilka, na rozstajach dróg i na obrzeżach wiosek krzyże i figurki. Prawie w każdym mieście ulica i pomnik Jana Pawła II. W całym kraju setki szkół, które za patrona przyjęły papieża – Polaka.

Czy wszystko to nie przypomina jednak starej rudery, do której człowiek się przyzwyczaił, może nawet polubił, z którą pewnie wiąże się wiele wspomnień, ale która pokazuje swoje wewnętrzne zepsucie i próchno, gdy próbujemy się w nią trochę zagłębić? Na przykład wybijając w ścianie otwór potrzeby do zamontowania jakiejś rury czy przeprowadzenia jakiegoś przewodu? Gdy w starej ruderze zaczynamy minimalny nawet remont wszystko zaczyna się sypać i odpadać. To trzeba wymienić, i tamto. To trzeba wzmocnić, to też do niczego się nie nadaje. Czasami nawet nie trzeba zaczynać remontu, wystarczy, że mocniej trzaśnie się drzwiami a oberwie się tynk albo wyleci okno.

Ktoś może jednak powiedzieć, że to zbyt surowa ocena, że w tym chrześcijańskim kraju na pewno nie wszystko jest idealne, ale nazywanie kondycji duchowej Polaków ruderą to nadużycie.

Można by tu toczyć spory, ale chciałbym byśmy wszyscy stanęli przy jednym twierdzeniu – przy którym, podejrzewam, dojdziemy do zgody. To twierdzenie dotyczy przyjścia Syna Człowieczego, na końcu czasów. Gdy dokona się to przyjście, może dziś, a może jutro, będzie to czas próby dla Kościoła. Jezus przyjdzie do swego kościoła, także do swego Kościoła w Polsce i potężnie trzaśnie jego drzwiami.

Niejedno okno wtedy wyleci i niejeden płat tynku spadnie komuś na głowę. Jezus przyjdzie na świat jako Światło, a my staniemy przed jego obliczem. Spadną maski i ustanie gra pozorów. Jawny stanie się nasz grzech i moc naszej wiary. Staniemy wobec tego, który przyjdzie sądzić żywych i umarłych i wobec naszych nieprawości, naszego braku miłości, naszej nienawiści i braku przebaczenia, naszego cudzołóstwa, naszych brudnych myśli, naszej pogoni za posiadaniem, naszych kradzieży, naszego zaniedbywania dobra, naszych obmów, fałszywego świadectwa.

Pokaże się też prawda naszej wiary. Czym ona była? Naszym oddaniem się Bogu? Czy tylko pielęgnowaniem ludzkich zwyczajów i tradycji?

Co się wtedy stanie? Odpowiedź daje Ewangelia: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.” (Łk 21,25-28)

W tym fragmencie widać dwie biegunowe postawy. Jedni mdleją ze strachu w obliczu przychodzącego Boga, inni podnoszą głowy. Słowo Boże powinno nie tyle nieść teorię co dotykać naszego życia. Zatem pytam konkretnie, siebie i ciebie, bracie i siostro, czy, gdy przyjdzie Syn Człowieczy, zemdlejesz, czy podniesiesz głowę?

To będzie czas próby, test na prawdę. Do tej chwili można się przygotować, albo ten moment zlekceważyć. Którą opcje wybieramy? Można powiedzieć, że oczekujemy tej chwili, że myślimy o niej, że przecież zebraliśmy się dzisiaj w kościele, że się spowiadamy, modlimy. Tylko czemu ma to służyć?

W XIX wieku żył Soren Kierkegaard, duński pisarz i filozof, który zapisał kiedyś pewną swoją myśl, pewien obraz czym według niego bywa kościół. Kierkegaard był protestantem, pisał o swoich wspólnotach, ale zastanówmy się, czy nie może to pasować i do nas. Napisał tak: „Chrześcijanie żyją jak gęsi na podwórzu. Każdego siódmego dnia odbywa się parada, a elokwentny gąsior stoi na drabinie i gęga o cudzie istnienia gęsi, opowiada o czynach przodków, którzy niegdyś odważyli się wzlecieć i chwali miłosierdzie Stwórcy, który dał gęsiom skrzydła i instynkt fruwania. Gęsi są głęboko wzruszone, pochylają z przejęciem głowy, chwalą kazanie i elokwentnego gąsiora. Lecz to już wszystko. Jednego nie czynią – nie wzbijają się wzwyż, lecz rozchodzą się na obiad. Nie szybują, ponieważ ziarno jest smaczne, a podwórze bezpieczne”.

Kierkegaard nie mówił tego by drwić, by śmiać się z tego. Jako głęboko wierzący człowiek pisał to bólem.

I znowu warto zadać sobie pytanie: Do czego tobie i mnie służy kościół? Do pogęgania i pójścia na obiad, czy do tego, by wzbić się w powietrze, by szukać Boga? By szukać Prawdy, czy oszukiwać samego siebie, pod pozorem pobożności?

Zaczyna się kolejny adwent w naszym życiu? Czym on będzie? Prawdziwym przygotowaniem na spotkanie z Bogiem, czy tylko dwudziestoma dwoma kartkami z kalendarza. Zwykłymi kartkami, z których cztery będą czerwone i zwoływać nas na paradę a potem na uroczystszy niż zwykle obiad?

„Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.” (Łk 21,36)





8 thoughts on “Trzasnąć drzwiami w starej ruderze

  1. Można pisać wiele złego na coś i kogoś bo to łatwiej i prościej a my sami co zrobiliśmy by dojść do prawdy, do Jezusa.
    Dziękuję za kazanie miłej niedzieli. Chciałoby się rzec smacznego obiadu niedzielnego ale jakoś chyba dzisiaj przez ta opowieść będzie smakował inaczej.

    1. Nie wchodziłem dzisiaj na drabinę, ale każdy ksiądz ma coś z gąsiora.

  2. Co do tej rudery, to można by dyskutować – czasem rzeczywiście jest to rudera, taka zabytkowa, sam folklor religijny, i nic poza tym. Bardzo tego typu „pobożności” nie lubię, wręcz nie trawię, często korci mnie nawet (i czasem to robię), żeby sprzeciwić się jakimś zwyczajom pozornie „religijnym”, choć zawsze boję się, żeby kogoś nie zranić, bo wszyscy na ogół przecież chcą dobrze… Ale jednak u mnie nie ma 12 tradycyjnych potraw, nie ma śmigusa dyngusa na Wielkanoc, nie ma tego, „co trzeba” w koszyczku wielkanocnym… po co mi to? Ja świętuję BOGA, a nie folklor! Gdy znajomi, tacy „niedzielni” katolicy, dziwią się, czemu tego nie lubię, to jest okazja wytłumaczyć, o co mi chodzi. Może ktos z nich się przez chwilę zastanowi, na czym rzecz polega? Może. A może nie.
    I tu przechodzę do drugiej sprawy. Sprawy tych gęsi.
    Kopiuję sobie tę anegdotę z Kierkegaarda, jest akuratna, świetna, że tez jej wcześniej nie słyszałam!
    Ta przypowiastka idealnie oddaje to, co w tej materii doświadczam. Zawsze wychodzę z kościoła smutna (pomimo radości spotkania z Panem Jezusem!) – patrze na tych ludzi, co to np. w czasie Komunii św. siedzą w ławkach, wygodnie rozparci, bo jest kilka minut „spokoju”, odpoczynku, mozna nie czuwać w sprawie wstawania, klękania, odpowiadania na wezwania liturgiczne… Bo niewielka garstka parafian idzie w tym czasie do Komunii. Ci pozostali obserwują, jakby to było widowisko. Sami nie chodzą. Dziwne. Czy są w stanie grzechu ciężkiego? I tak tydzień za tygodniem, w tym stanie przychodzą do kościoła, zachowując się, jakby byli katolikami? Nie rozumiem tego. Pewnie, nie moja rzecz osądzać, ja nie muszę wiedzieć, kto jaki ma problem duchowy, może dobrze, że w ogóle przyszedł do kościoła – może akurat coś takiego usłyszy albo zobaczy, że to popchnie go np. do pójścia do spowiedzi? Może. Ale jakoś dużo tych ludzi ciągle niechodzących do Komunii.
    Przyznam się, że zdarza mi się, że specjalnie czasem idę na mszę św. niedzielną w sobotę wieczorem – bo z doświadczenia wiem, że w dni powszednie do kościoła przychodzą ci, którzy CHCĄ, a nie muszą (spełnić „obowiązek”). I wtedy prawie wszyscy idą do Komunii św., nikt nikogo nie obserwuje, widać, zę wszyscy naprawde się modlą.
    Ja wiem, wiem, że nie po to chodzę na msze św., żeby się dobrze czuć. Wiem o tym. Ale czasem już nie mogę. Czuję się jak taka gęś z tej opowiastki, która chiałaby wzlatywać, i nawet czasem leci wyżej, ale wtedy inni strasznie się dziwują, nie rozumieją, oceniają, że to dziwactwo, że to przesada, że po co to. Dlaczego przeszkadza mi, że ktoś za plecami rozmawia, gdy jest czytana Ewangelia. Dlaczego ja klęcze po Komunii św. tak długo, gdy inni przykucają na chwilę, machną ręką (co ma być czynieniem znaku Krzyża), i wstają po 2-3 minutach, a ja klęczę, jak jakaś dewotka (czyżbym chciała innym pokazać, jaka to jestem pobożniejsza od nich?). A ja rozmawiam z moim Panem, mówię Mu, jak Go kocham, a jednoczesnie widzę kątem oka, jak mi się sąsiedzi z ławki przyglądają. Dlatego wolę czasem sobotę „niedzielną” i w ogóle dni powszednie.
    Czy to można zmienić? Myślę, że tak, ale bez aktywności kapłanów w tej materii niewiel sie da. A wystarczyłoby, żeby ksiądz WYRAŹNIE przezywał to, co się dzieje w jego rękach na ołtarzu, żeby czynności liturgiczne wykonywał z namaszczeniem, sercem, nie odbębniał, może niech mówi coś od serca do serca (parafian), może niech zachęci do spowiedzi, niech zada retoryczne pytanie, dlaczego niektórzy nie chcą przyjąć Jezusa Eucharystycznego, może nie wierzą w Niego, że On tam jest? No to trzeba to opowiedzieć! Kolejny raz, i kolejny, ale bez osądzania, tylko z miłością, z zachętą. Może nie trzeba się spieszyć po rozdaniu Komunii św., tylko poczekać, niech zapadnie cisza, niech organista nie gra w kółko, tylko zamilknie czasami – ale trzeba by ludziom wytłumaczyć, o co chodzi z tą ciszą.
    Mamy tak w Kościele, że dorośli nie mają gdzie usłyszeć coś wartościowego, nowego, jakiegoś świadectwa, wyjaśnienia podstawowych prawd wiary – poza kazaniami w niedzielę. Ci, którzy biorą udział w życiu jakichś wspólnot, to co innego, oni już zdążyli „chcieć”, sami szukają i pragną, ale cała reszta? A tej reszty jest ogromna większość. Po tych ludzi trzeba przyjść, gonić ich (Słowem Bożym i miłością, troską, propozycjami, itd.)!
    Z racji wieloletnich problemów mieszkaniowych i przeprowadzek (już osiedliśmy ostatecznie, dzięki Bogu 🙂 mam, hm, przebogate doświadczenia i materiał porównawczy z kilkunastu parafii, z z trzech dużych miast (w tym ze stolicy) i z jednego powiatowego. I wnioski są smutne… Były 2 parafie, gdzie ksiądz proboszcz KOCHAŁ parafian – to się widziało, czuło, nawet jeśli w liturgii było coś niepoprawnego. Oj było, było, taka radosna dowolność czasem, ale co tam, wolę to niż poprawny chłód! Zawsze była zachęta, gorące namawianie, a to do udziału w adoracji, a to do wrzucania pieniędzy do skarbonki pod kościołem dla jakiejś słusznej sprawy (np. dla parafianina po wypadku), a to „reklama” ciekawego artykułu w dzisiejszym numerze tygodnika katolickiego (do kupienia w kiosku parafialnym), a to zacheta do kupienia nowej książki w tymże kiosku (i tu ksiądz proboszcz streszcza prawie całą książkę :”) Niektórzy narzekali, ze ksiądz za dużo mówi, że się powtarza, że ględzi momentami – ale to skutkowało! To poruszało serca, ludzie przychodzili, garnęli się, nawet jeśli nie byli członkami jakiejś parafialnej wspólnoty, to i tak brali czynny udział w życiu parafii. Proboszcz na rekolekcje wyszukiwał BARDZO ciekawych kapłanów, pami.ętam, gdy były misje parafialne, to przez 5 POWSZEDNICH dni kościół pękał w szwach! W innych parafiach przy takich okazjach zawsze jest gdzie usiąść… Bo dużo miejsca zostaje w ławkach… Ale ja to rozumiem, sama na ogół czekam wtey, żeby ksiądz przestał już mówić, zwyczajnie jest nudno, to są takie poprawnie skonstruowane przemówienia, z poprawną treścią, ale brak w tym świadectwa, serca, gorącości miłości do Pana Jezusa. Takie wykłady akademickie. To nie pociągnie tych letnich albo zagubionych. Im pozostaje tylko folklor, wtedy się uruchamiają siły, energia, bo trzeba zdobyć karpia, upiec specjalne pierniczki… Ja karpia przyrządziłam tylko raz w życiu, pierniczki lubię i umiem piec, na Wielkanoc umiem zrobić sernik, mazurek, ale… nie robię wtedy!!! Zdziwionej koleżance (takiej „letniej katoliczce”, choć kochanej i dobrej kobiecie) wyjaśniłam kiedyś, że nie mam na to czasu, bo chcę brać udział w liturgii Triduum, a stanie przy garach właśnie wtedy męczy mnie, bo nogi bolą i przeszkadzają skupić się na liturgii. Nie rozumiała tego, no bo przecież „zwyczaj każe” itp.
    A, i firanek nie piorę na święta, okien nie myję na święta, nie szoruję wtedy dok.ładnie całego domu, tylko tak, aby było normalnie czysto. Też mało kto to rozumie. Jka to, na święta nie myć okien? Ano nie, bo ja wtedy nie mam na to czasu, przekornie tłumaczę, że przecież są ŚWIĘTA, więc nie ma czasu na takie bzdety, jak firanki i podłogi! To można zrobić kiedy indziej, w wolnym czasie, a nie wtedy, kiedy ten czas należy wykorzystać na SPOKOJNE spotkanie z Panem Bogiem!
    Nie rozumieją ludzie.
    Więc z tymi wysokimi lotami gęsi to jest właśnie tak: gdy jedne gęsi chcą frunąć pod niebo, to inne nie pozwolą tak łatwo. I nawet nie z zawiści. Ze szczerego zdziwienia, z lęku przed dziwactwami… Nikt tym innym gęsiom nie dał spróbować, jak to jest latać wysoko, nikt nie poniósł na swoich skrzydłach (jak to czynią podobno niektórzy ptasi rodzice, ucząc pisklęta latania). Albo inaczej: dlaczego ktoś miałby tęsknić do smaku marcepanu, jeśli nigdy nie mieli okazji go spróbować? Nie wiedzą, jakie to dobre, to czemuż by mieli tego pragnąć?
    Jak to powiedział św. Paweł? „Będą okazywać pozór pobożności, ale wyrzekną się jej mocy. ” (2 Tm 3,5). Myślę, że te słowa dobrze oddają to, o czym jest dyskusja. I dotyczą zarówno świeckich, jak i (a może nawet bardziej) kapłanów (parafialnych). Gdy stado gęsi gęga, hałasuje, nie zna drogi, albo gdy zachowuje się jak stado baranów, to potrzebny jest PASTERZ! Niekoniecznie teolog, liturgista, wykładowca, sprawny organizator koncertów organowych w parafii (w takiej mieszkałam…), ale KOCHAJĄCY SWOJE STADO PASTERZ. Dobry pasterz z „natury” wie, kiedy jego stado zabłądziło, i ponieważ kocha, robi wszystko, co trzeba, żeby baranki swoje (albo gąski) uratować.
    Wysokie oczekiwania? A ksiądz to przecież „też człowiek”? No tak, ale Pan Jezus to Bóg. I Dobry Pasterz. I daje dobre dary swoim dzieciom, wedle potrzeb i wedle powołania. Do czego kogoś powołuje, do tego daje łaskę. Może niektórzy przyzwyczaili się swojego zasiedziałego stanu i nie widzą albo nie czują potrzeby brania z tej obfitości łaski?
    Można coś z tym zrobić? Można. Modlić się, modlić się, modlić się… I nie dać się uziemić, gdy się chce latać. Najwyżej inni uznają mnie za dziwaka. To trochę przykre, ale da się z tym żyć 🙂 Można taką przykrość ofiarować za tych, którym latać się jeszcze nie chce.

    1. Szczerze zgadzam się z tobą w kwestii księży w parafiach, którzy się za mało starają. Czasem zdarzy się jakieś ciekawsze kazanie, ale brakuje mi każdorazowego wyjaśnienia o co chodzi w ewangelii i czytaniach, bo często my, zwykli ludzie tych słów nie rozumiemy właściwie, albo nawet wcale. Osobiście dziennie zaglądam na stronkę ” Żyj Ewangelią na co dzień”, gdzie są ciekawe i pouczające komentarze (szczególnie o. Atanazego Bierbauma – ciągle „na czasie” i ks. Matusznego) i takich komentarzy brakuje mi na naszych mszach. Jest coś jeszcze – dlaczego księża nie wyjaśniają prostym językiem wielu ważnych spraw, o których potrafi mówić ks. Zbigniew, czy o. Szustak, albo o których można się dowiedzieć tylko z odpowiedniej lektury. Tak sobie myślę, że pewnie dla większości księży są to zbyt oczywiste sprawy i myślą, że każdy katolik powinien to wszystko wiedzieć, a tak wcale nie jest. Przykładowo, niedawno czytałam książeczkę o duszach czyśćcowych. Zawsze wiedziałam, że należy się za nie modlić, ale nie wiedziałam, że tylko my, tu na ziemi możemy im pomóc. Do tej pory myślałam, że one swoimi cierpieniami w czyśćcu same się w końcu wykupują z niego. A tu zaskoczenie! Wcale nie! Bez naszej modlitwy, zamawianych mszy za te dusze, bez postów i ofiarowanych cierpień, one same niewiele mogą. Mogą za to bardzo nam się odwdzięczyć za nasze modlitwy i ofiary. Takich niby oczywistych spraw wiele ostatnio odkryłam, a nie wiem o ilu jeszcze nie wiem.
      Czytając twój komentarz, „oświeciło” mnie, że powinniśmy się modlić o światło Ducha św. dla naszych księży i kaznodziejów, bo bez tego ani rusz.

    2. Bożenko !!! dziękuję Ci !!! też dokładnie tak to rozumuję.Twoje przemyślenia są i moimi. Tak się cieszę, bo czasami już sama myślę,że jestem dziwakiem.A moi pasterze, też nie przemawiają do serc .Najbardziej /jeszcze bym dodała/ boli, jak we własnym domu przez męża jest się postrzeganym za takiego dziwaka, ale nasz Pan jest wielki i potrafi to też uleczyć. To módlmy się nieustannie . Chwała Panu !!! Pozdrawiam Cię serdecznie. Alicja

    3. Dziękuję!

  3. Kazanie , które nie pozwala pozostawać w błogim spokoju, zmusza nie tylko do refleksji , ale do osobistego nawrócenia, by być „solą ziemi i światłem świata „. Modlę się, żebym nie przespał zbliżającego się Adwentu. Dziękuję za dobrą refleksję nad Słowem Bożym.

  4. […] Trzasnąć drzwiami w starej ruderze […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *