Posted on

Zaświadczenie dla chrzestnych

Powinienem pójść do więzienia. Za poświadczenie nieprawdy. No może w zawieszeniu, bo nieświadomie.

Do mojej kancelarii, jak do każdej, przychodzą ludzie prosząc o zaświadczenie, że są wierzącymi i praktykującymi katolikami i że mogą być ojcem lub matką chrzestną.

Zwykle witam ich słowami: „A skąd ja mam to wiedzieć? Co biedny proboszcz może wiedzieć o swoich parafianach? Zwłaszcza o ich wierze, o ich życiu na co dzień. Żona Panu powinna wypisać takie zaświadczenie – lepiej Pana zna niż ja.”

Czasem wyjeżdżam z prowokacją: „Dobrze, spytamy z pacierza i wydam zaświadczenie… Spytać o dziesięć Bożych przykazań?” Raz usłyszałem piękne „Oj, nie!” Często widzę przestrach w oczach.

Mam kłopot z tym zaświadczeniem, bo faktycznie co ja mogę wiedzieć o wierze i praktykach swoich parafian? Czasem coś tam wiem, czasem coś może wyniknąć z rozmowy, ze spojrzenia w kartotekę, ale generalnie to nic nie wiemy.

Nie wiemy zwłaszcza nic o wierze, bo ta umyka zewnętrznym sprawdzianom.

W praktyce rzecz sprowadza się do wychwycenia żyjących w związkach niesakramentalnych, tak jakby żywiołowa, oddana i trwała nienawiść do teściowej czy systematyczne okradanie swojego zakładu pracy było mniej istotne.  

Sporo energii idzie na te kancelaryjne utarczki, dyskusje i tłumaczenia. Może warto oszczędzać siły na rzeczy strategicznie ważniejsze?

Czy to znaczy, że nie mamy stawiać żadnych wymagań rodzicom chrzestnym? Stawiajmy je, ale może warto zostawić ich podjęcie samym kandydatom i rodzicom dzieci? Poinformować o warunkach, pouczyć o istocie tej funkcji a oni wybiorą kogo wybiorą. Wybiorą ćwoka, lenia i osobę niepraktykującą? Ich problem.

Pójście w kierunku restrykcyjnego pilnowania wymagań oznaczać będzie groteskową akcję dochodzeń w każdym przypadku. Oznaczać też będzie konieczność jasnego określenia zasad dotyczących praktyk, bo dla jednego proboszcza obecność co dwie niedziele w kościele będzie wystarczająca (choć nie chwali się opuszczanie) to dla drugiego te nieobecności będą już dyskwalifikujące. Trzeciemu zaś wystarczy, że „jakoś kojarzy” petenta albo petent pochodzić będzie z tzw. „dobrej rodziny”. 

A najlepiej gdyby nie było „petentów”. A spotkania z ludźmi dało się wykorzystać jeśli nie na klasyczną ewangelizację to przynajmniej na serdeczną rozmowę. Chyba większy z tego pożytek niż z postępowania lustracyjnego. 

 

16 thoughts on “Zaświadczenie dla chrzestnych

  1. Uważam, że rodzice chrzestni powinni być przygotowani do tego , aby nimi być. To jest wielka odpowiedzialność. Pozdrawiam ks. Pawła i życzę wspaniałej dalszej posługi kapłańskiej 🙂

    1. To może by wprowadzić obowiązkowy roczny kurs, dzienniczek uczestnictwa w niedzielnych i świątecznych Mszach Świętych i innych nabożeństwach – różaniec, majowe, roraty, itp.a potem egzamin?
      Jeśli rodzice dziecka będą mieli świadomość ważności problemu, to żadne zaświadczenia nikomu nie będą potrzebne, bo wybiorą najlepszych kandydatów. Jeśli zaś przy wyborze rodziców chrzestnych kierować się będą względami czy zobowiązaniami towarzyskimi, rodzinnymi, pozycją towarzyską albo zasobnością portfela potencjalnych kandydatów, to żadne zaświadczenia nie pomogą, bo każdą biurokrację można w taki czy inny sposób obejść

  2. Te Księdza zmagania z zakłamaniem, głupotą, zatwardziałością, itp., to taki „głos wołającego na pustyni”. Jestem pełna wdzięczności, szacunku i podziwu i dla tego, co Ksiądz robi. Życzę wytrwałości w prostowaniu naszych krętych ścieżek 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂 Szczęść Boże !

  3. A ja, jak zwykle w drugą stronę 😉 Ostatnio nakrzyczałam na Księdza, niestety nie do Księdza, ale do osoby, z którą rozmawiałam. A rozmawiałam z dziewczyną, która została z dzieckiem porzucona przez męża. Dziewczyna jest praktykującą Katoliczką, nie jest ani z nikim w jakimkolwiek związku, ani nie zamierza się wiązać, bo ślub kościelny uważa za ważny.
    W czasie jakiejś rozmowy, nagle powiedziała do mnie takie zdanie „jak to mam przechlapane i chyba pójdę do piekła”. Niby to miał być żart, ale ja nie traktuję takich wypowiedzi jak żartów. Zaczęłam dopytywać i od słowa do słowa, usłyszałam dla mnie zadziwiającą opowieść. Otóż dziewczyna chciała zostać matką chrzestną dziecka swojej siostry. Poszła do Parafii, a Ksiądz gdy dowiedział się, że jej mąż od niej odszedł do innej, stwierdził że nie może jej wydać zaświadczenia, bo rodzicami chrzestnymi mogą zostać tylko osoby „nieposzlakowane w opinii Boga”.
    Szlag mnie trafił. Wykrzyczałam pytania: a skąd niby ten Ksiądz wie, kto jest nieposzlakowany w opinii Boga? I jak to możliwe przyjąć za autorytet w sprawie opinii o dziewczynie jej męża, faceta który zostawia żonę z małym dzieckiem? No, bo z „logiki” tego Księdza wynika, że to on skutecznie „poszlakował” opinię dziewczyny w oczach Boga.
    Potem w rozmowie dowiedziałam się jeszcze lepszego kwiatka, otóż ów Ksiądz nie tylko nie uznał dziewczyny za godną bycia matką chrzestną, ale na dodatek w ostatnią Kolędę ominął szerokim łukiem jej dom, wrzucając tylko do skrzynki obrazek. Tego już w ogóle nie skomentuję, żeby tym razem moja opinie nie została „poszlakowana” w opinii Boga, przy słowach jakie cisną się na moje usta.
    Również w zeszłym tygodniu uderzył mnie cytat z Ewangelii Mk 9,35 „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!”. Wiele razy słyszałam ten fragment i zawsze obawiałam się, że Jezusowi chodzi o to, abyśmy siermiężnie ubrani, byli tylko służącymi dla innych. Nie muszę mówić, że nie napawało mnie to szczęściem. Ale właśnie w zeszłym tygodniu, nagle zrozumiałam, że to chodzi o co innego, a także o to, że zanim się powie z wyżyn swojego „majestatu” jakieś zdanie, należy się zastanowić, komu to zdanie służy? Jakie będę owoce powiedzenia takiego zdania, poza osobistą satysfakcją?
    Wiem, że taka historia, jak opisałam nie zdarzyłaby się w mojej Parafii i pewnie w wielu innych. Ale ten konkretny Ksiądz, chyba zapomniał, że jego stanowisko nie jest do tego by rządzić, ale by służyć Bogu, a nie …
    I nie ma to nic wspólnego z tym, czy dziewczyna powinna, czy nie powinna być matką chrzestną. Może nawet nie. Ale ja się czepiam sposobu i „logiki”, w jaki zostało to jej „objawione”.

    1. Pozostaje tylko przytoczyć słowa ks. Tischnera: „nie spotkałem człowieka, który straciłby wiarę po przeczytaniu Marksa czy Lenina, ale spotkałem takich, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem”.
      Na szczęście takich księży aż tak wielu nie ma, a za to jest całe mnóstwo takich, którzy niosą ludziom Boga, niosą Dobrą Nowinę i przypominają do znudzenia, że Bóg nas wszystkich kocha. Mój proboszcz kiedyś zażartował, że modlił się o dobrą parafie i ją dostał, a my mamy takiego proboszcza, jakiego sobie wymodliliśmy :-). Więc módlmy się za księży, to jest im bardzo potrzebne!
      Pozdrawiam

  4. a ja jestem matką chrzestną 6 dzieci. I co z tego że się starałam być dobrą chrzestną, gdy rodzice części tych dzieci wcale nie dbali o ich wychowanie religijne i nie pozwalali wtrącać się w ich wychowanie. Jedna dziewczynka ma ślub cywilny i rodzinę z rozwodnikiem, jedna ma ślub cywilny bo nie wierzy w Boga, jedna żyje w wolnym związku – bo takie czasy, reszta jakoś OK na szczęście…ale do kiedy można pytać ” byłeś w kościele ? ” Oni maja już żony, swoje dzieci…. Do kiedy jesteś matką chrzestną?
    Chodzi mi o to że winą rodziców jest, że wybiorą na chrzestnego dla swojego dziecka ćwoka, lenia czy osobę niepraktykująca. Ale też może ciebie wybrać na chrzestnego ćwok, leń czy rodzina niepraktykująca i co możesz zrobić? Chyba tylko modlić się 🙂 Pozdrawiam

    1. Tak się zastanawiam Pani Tereso. Również często mnie trzęsie, gdy słyszę na jakich zasadach i w jakim celu wybiera się rodziców chrzestnych. Ale pomijając „ćwokowatość” nas ludzi, tak sobie myślę, że może właśnie o te modlitwę w rodzicielstwie chrzestnym chodzi przede wszystkim, a nie na końcu, gdy nasze ludzkie interwencje nie są mile widziane i nie są przez to skuteczne? Może właśnie o to chodzi, by był ktoś, kto podejmie się modlitwy za człowieka od jego Chrztu Św., przez całe swoje życie i być może również „z tamtej strony”?
      Nie żebym była tak rozmodlona, proszę tego tak, nie zrozumieć, że się wymądrzam. Ale ostatnio dzieje się coś takiego, jakby jedynie modlitwa o Bożą interwencję, bez mojego fizycznego udziału w sprawach, była w moim życiu skuteczna. Gdy modlę się i nie działam osobiście w czyichś sprawach efekty są zadziwiające, gdy tylko wtrącę swoje trzy grosze – efekt jest równoważny moim trzem groszom, a więc mizerny. Może o to Bogu chodzi w rodzicielstwie chrzestnym?

      1. Mądra z Ciebie kobieta, Doroto! A mądrość jest darem Ducha Świętego. Życzę Ci, aby Jego Mądrość, Rozum i wszystkie pozostałe dary nigdy Cię nie odstępowały! Chociaż dary Ducha Świętego mają słyżyć naszemu własnemu uświęceniu, a to co piszesz, uświęca innych – więc może to jednak jakieś charyzmaty? Szczęść Boże! 🙂

        1. 🙂 Dzięki. Bardzo, bardzo potrzebuję dobrych słów. Szczęść Boże 🙂

          1. Jak każdy z nas 🙂 O. Makary, jeden z Ojców pustyni powiedział coś, co brzmiało mniej więcej tak: „złe słowo i dobrego złym uczyni, dobre słowo i złego uczyni dobrym”. Ja sama ostatnio jestem na takiej pustyni, w prawie dosłownym tego słowa znaczeniu. Kilka dni temu, idąc ulicami Wrocławia, tak jak Diogenes miałam chęć zapalić pochodnię i szukać jakiegoś człowieka, który by mnie zobaczył, dla którego nie byłabym przeźroczysta. Ale cóż, tłum był wielki, ale ludzi mało :-].
            Cieszę się, że jest ta strona, bo mam przynajmniej taki kontakt z ludźmi – zawsze to coś :-). Chociaż czasem jestem na siebie zła, że się za bardzo wymądrzam.
            Ale te „doły” mijają, trzeba się tylko bardziej skupić na modlitwie – nie na „klepaniu pacierzy”, ale na rozmowie z Bogiem, takiej od serca, jak z przyjacielem. I, co najważniejsze, zacząć Go wielbić i dziękować. Modlitwa uwielbienia i dziękczynienia ma niezwykłą moc – niejednokrotnie się o tym przekonałam. Zawsze pomaga i to bardzo szybko. Tylko tak trudno jest się oderwać od użalania się nad sobą (nazywając rzeczy po imieniu – od szemrania przeciwko Niemu), a zacząć dziękować Bogu za to, co jest, bo nic nie dzieje się bez Jego woli i On z tego zawsze wyprowadzi jakieś dobro. Tylko czasem tak trudno to pojąć i to „dziękuję” nie bardzo chce przejść przez gardło.
            Pamiętaj, jesteś umiłowaną córką Boga, On cię stworzył doskonałą i taka właśnie jesteś w Jego oczach i kocha Cię dokładnie taką, jaka jesteś 🙂
            Pozdrawiam serdecznie 🙂

            1. Ponieważ odpowiedź byłaby zbyt „wąska” proszę jej szukać na końcu 😉

  5. A może chrzest bez chrzestnych? I tak ich wpływ jest znikomy, jeśli jakiś wogóle?

  6. Chciałabym się dowiedzieć czy matką chrzestną zostaje się na zawsze czy tylko do pełnoletności chrześniaka. Pozdrawiam

    1. Na zawsze. Chociaż zapewne następuje grająca obowiązków

  7. Do Pani Marioli 🙂
    Czasami uderza mnie samotność Jezusa. Jak samotny musiał być w Świątyni lub Synagodze, gdzie chodził się modlić wśród ludzi. Jak samotny był wśród Apostołów, gdzie choć prawie wszyscy Go kochali, to każdy miał jakąś swoją idee fix, jak to wszystko powinno wyglądać. Nawet na ostatniej Wieczerzy, gdy nikt nie zrozumiał, że wskazuje im swojego zdrajcę. Jak samotny musiał się czuć patrząc na Judasza. Jak samotny poczuł się przed grobem Łazarza, gdy wiedział, że uczniów nie będzie rano przy Jego grobie, czekających na Jego Zmartwychwstanie.
    Często rozmawiam z Księżmi ze swojej Parafii i mówią, jak czasami czują się samotni. Nie, nie mówią tego wprost. To silni faceci, a jednak czasami nagła emocja, jakieś zdanie, nagła sprawa którą muszą załatwić, gdy wierni śmiejąc się opowiadają o sprawach rodzinnych lub nieproporcjonalna radość, że ktoś przyszedł po Mszy porozmawiać o Kazaniu.
    W tym co najważniejsze, zawsze jesteśmy samotni tak długo, jak długo oczekujemy wypełnienia tej Bożej przestrzeni w nas tym, co chcemy dostać od ludzi. To bardzo ludzkie i świadczy moim zdaniem o tym, że jeszcze w ogóle widzimy sami siebie.
    Ta Boża przestrzeń w nas, bez umiejętności widzenia w niej Boga, (bo On zawsze tam jest, tylko my często nie umiemy Go widzieć), staje się Otchłanią, niezmierzoną i bezdenną, a przecież siły i możliwości ludzi są wymierne i jakże małe. Pani Mariolu, proszę zauważyć, jak nic nie zmieniliśmy się od czasów Jezusa. Faryzeusze pytali – siebie i Jezusa, widzianego przez nich, tylko jako człowiek, co należy zrobić w tej lub innej sytuacji, jak długo, ile razy. My pytamy tak samo, jak widać z wpisów powyżej. I nie przeciwko ludziom to mówię, sama zadaję takie pytania i szukam odpowiedzi. Ludzie chcą zachować się odpowiednio – sprawiedliwie. Tylko, że mamy taki odruch, aby nasze „sprawiedliwie” mierzyć naszą ludzką miarą, czyli na nasze ludzkie siły, jak chociażby karteczkami od Spowiedzi lub od Proboszcza, lub tym, że ktoś wyrazi nam akceptację lub szacunek, tak jak robią to „kochający inaczej”. I skucha, bo nie ma takiej akceptacji, takiego sposobu okazania szacunku, który usatysfakcjonowałby pragnącego. Zadowala na chwilę i znowu dziura w duszy. Księża żądają karteczek, a potem mając je podpisane w ręku, czują jakiś brak mimo, że poczucie obowiązku i sprawiedliwości powinno być uspokojone… itd., itd….
    Myślę jednak, że ta odczuwana przez nas samotność ma w sobie też coś bardzo dobrego dla nas. Bo czując ją zaczynamy szukać absolutu, czegoś co nie jest przemijalne i mamy szansę dojść do spotkania z Bogiem, nauczyć się Go widzieć. Ale nie tylko w sobie. Lub inaczej, gdy zobaczymy Go w sobie, to zaczynamy Go widzieć także w innych. Często bardzo, bardzo samotnego. I wówczas też możemy się stać bardzo smutni, gdy zauważmy jak ci inni, nie widzą Boga w sobie. Ale wówczas w tym smutku już nie jesteśmy samotni, bo jesteśmy tam z Bogiem. I chociaż troszeczkę możemy tę Jego samotność zmniejszyć, a może nawet zobaczyć uśmiech na Bożej twarzy?
    „Staniecie się jak Bóg i będziecie widzieć dobro i zło” – powiedział szatan. Tylko nie dodał, że widząc dobro i zło, „jak Bóg”, odczujemy również tę Bożą samotność, wśród innych, wśród rzeczy, wśród Stworzenia :).

    1. Pani Doroto!
      To bardzo interesujące, co Pani pisze. Sporo nowych, wręcz odkrywczych dla mnie myśli – dziękuję 
      Myślę, że ten ciągły niedosyt, ta tęsknota za miłością jest wpisana w człowieka przez Boga. Zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, a Bóg jest Miłością. Kocha i pragnie być kochany. My też chcemy kochać i być kochani. I chyba tak ma być przez całe nasze życie. I wydaje mi się, że nie ma w tym nic złego. Miłość i akceptacja innych jest nam potrzebna do życia. I bez tej ludzkiej miłości usychamy. Najbardziej wymownym tego przykładem są niekochane, odrzucone przez rodziców dzieci. Zresztą, sam Bóg nakładana nas obowiązek kochania innych. Piszesz, że „W tym co najważniejsze, zawsze jesteśmy samotni tak długo, jak długo oczekujemy wypełnienia tej Bożej przestrzeni w nas tym, co chcemy dostać od ludzi”. Św. Paweł pisał „teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (cytuję z pamięci, mam nadzieję, że nic nie przekręciłam, a przynajmniej nie bardzo) i nie ma powodu, by uważać, że było inaczej, a jednak w jego listach z więzienia daje się wyczuć rozgoryczenie z powodu opuszczenia przez tych, których uważał za przyjaciół, daje się wyczuć samotność.
      Jezus, jako prawdziwy Bóg i najprawdziwszy Człowiek miał (i ma) takie same uczucia jak my. Płakał przed grobem Łazarza, płakał nad Jerozolimą. Odczuwał lęk, opuszczenie i samotność w Ogrójcu. Jakie niewyobrażalne katusze musiał przeżywać podczas drogi na Golgotę! Chyba gorsze, niż w czasie samego krzyżowania. Pogarda i szyderstwa za strony tych, którzy kilka dni wcześniej wołali „hosanna”, wyściełali przed Nim drogę swoimi płaszczami! I nie można powiedzieć, że w Jego sercu było zbyt mało Boga, bo przecież On sam jest Bogiem i Miłością. Pragnienie relacji jest w nas wpisane. „Nie jest dobrze, by człowiek był sam”. I to pragnienie jest cechą zarówno ludzką, jak i boską. Ale relacje z ludźmi, nawet najlepsze, chyba nie są w stanie zaspokoić tego pragnienia. Nawet w dobrym, kochającym się małżeństwie nie będzie idealnej komunii, zawsze będzie jakiś niedosyt, choćby był uświadamiany sobie tylko na poziomie podświadomości.
      I tu przywołam św. Augustyna: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. A nasze serce w pełni spocznie w Bogu dopiero po całkowitym połączeniu się z Nim, po śmierci. Dopiero wtedy nasycimy się Miłością. I tak ma być. Nie jest dobrze tylko wtedy, gdy tu, na ziemi, podążamy za jakimiś jej namiastkami. A niestety,bardzo często tak się dzieje.
      Jesteśmy powołani do miłości. A miłość to wzajemna relacja pomiędzy osobami. Gdzie jest tylko jedna osoba, nie może być mowy o miłości, a gdzie nie ma miłości, nie ma i Boga, bo to przecież Bóg jest Miłością.
      Dość dawno temu, nie pamiętam nawet gdzie, przeczytałam, że w jęz. oryginalnym w Księdze Rodzaju, słowo „człowiek” nie oznacza pojedynczej istoty, ale mężczyznę i kobietę – dopiero razem tworzą człowieka. Kilka dni temu słuchałam na YT konferencji bpa Rysia na temat przekładów Biblii. Byłam nieco zaskoczona jego słowami, że Biblia jest księgą natchnioną tylko w jęz. oryginalnych. To jako taka ciekawostka 
      Uff… Piszę już chyba z godzinę, zwoje mózgowe mi się przegrzewają, a odniosłam się dopiero do jednego wątku przez Panią poruszonego. Ale myślę, że czas na dzisiaj skończyć. Z racji wykonywanej pracy jestem panią swojego czasu dopiero od ok. godz. 21 i mam go do ok. północy, bo potem trzeba się wyspać. Jeśli nie ma Pani nic przeciwko temu, proponuję tę naszą dyskusję przenieść na grunt prywatny – będzie i swobodniej i trochę szkoda mi naszego Ks. Administratora (pozdrawiam  ), który, jak sobie wyobrażam, czy chce, czy nie chce, pewnie musi to wszystko ocenzurować. A żadna z nas krótko i zwięźle nie potrafi  Podaję więc maila: maria.ciemny@wp.pl
      Pozdrawiam serdecznie 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *