Opublikowano 18 komentarzy

Mity i prawda katechezy

Mity i prawda katechezy – referat wygłoszony na rozpoczęcie roku katechetycznego w Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej 3 września 2022


Co jakiś czas wybucha dyskusja o katechezie. Najczęściej wybuchy następują w kontekście szkolnej katechezy, gdy jest 1 września, gdy mija okrągła rocznica jej powrotu do szkoły lub publikowane są sondaże lub badania pokazujące jej mizerię.

Ostatni wybuch miał nieco inne okoliczności. Katecheza stała się, w czerwcu 2022 roku, przedmiotem namysłu zebrania Konferencji Episkopatu Polski.

Przy okazji tych wszystkich dyskusji słychać wiele głupstw wynikających z kompletnego niezrozumienia sprawy katechizacji. Mam nadzieję, że ten tekst komuś przysłuży się do zrozumienia o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

Zacznijmy od sprawy podstawowej.

Kim jesteś dla tego kogo uczysz?

Proszę, zrozumcie to wreszcie! Nie jest ważne to czego uczysz, nie jest ważne jak tego uczysz, ważne jest tylko to, kim jesteś dla tego kogo uczysz! Zasada ważna w każdej dziedzinie, w katechezie ważna po trzykroć.

Oczywiście znajmy właściwe ramy tego, przyznaję, dosadnego stwierdzenia. W katechezie ważny jest przekaz wiary, nie można częstować ludzi swoimi „mniemaniami”, objawieniami i osobistymi gustami. Jeszcze bardziej niewskazane są ewidentne gusła i herezje.

Ważna jest też oczywiście metoda, jej doskonalenie, szukanie właściwych, ciekawych i atrakcyjnych dróg dotarcia do dzieci i młodzieży. Jednak to wszystko, w zderzeniu z tym co najważniejsze, z tym „kim się jest dla tego kogo katechizuję”, jest niczym.

Jan Maria Vianney, gdy po raz ostatni wszedł na ambonę, nie mógł już mówić. Pokazał tylko ręką tabernakulum i zszedł. Nie wyrzekł ani słowa, ale dla zgromadzonych powiedział naprawdę wiele.

Wielu z nas pamięta coś bardzo podobnego, gdy zobaczyliśmy po raz ostatni w oknie papieża Jana Pawła II. Chciał coś powiedzieć… i już nie mógł. Żachnął się na swoje ograniczenia i wózek odjechał. Dlaczego jednak ci stojący pod oknem mieli ściśnięte gardło i nie chcieli odejść? Nie wyrzekł ani słowa, ale powiedział naprawdę wiele tym, którzy tam wtedy byli.

Mamy zatem dwa ważne przykłady na poparcie tezy, że nie jest ważne, co się mówi (i czy w ogóle się mówi), ważne jest natomiast kim się jest dla tego, kto cię słucha.

Kimś naprawdę ważnym dla stojących pod amboną w Ars, był ów ksiądz, który wtedy na niej stał. I kimś naprawdę ważnym, prawdziwym autorytetem był ten, który wtedy pokazał się w oknie papieskiego apartamentu, stojącym pod oknem na placu.

I zrozum to dobrze! Wielu może się pokazywać w oknie, wielu może machać rękami na ambonie. I nie będzie to miało żadnego skutku, nie wywoła żadnego wrażenia. Nawet jeśli będzie to ambona w Ars czy papieskie okno. Dlaczego? Dlatego, że będziemy „nikim”, dla tych, którzy nas zobaczą. Nie będziemy mieli z nimi żadnych więzi, nie będziemy mieli żadnego autorytetu.

Więc zrozumcie to wreszcie! Nie jest ważne czego uczysz, nie jest ważne jak uczysz, ważne jest to kim jesteś dla tego kogo uczysz! Dodam jeszcze: nie jest ważne GDZIE uczysz.

Mit parafialnych salek

Zadziwia mnie nieustannie „mit parafii”, „mit parafialnych salek”. Wspomina się dawne czasy i często wzywa się do powrotu do parafii, „do salek”. Lansowany jest pomysł, by jedna godzina była w szkole a druga w parafii. Ta pierwsza byłaby nastawioną bardziej na wiedzę lekcją religii a ta druga prawdziwą katechezą.

Dlaczego nazywam to mitem? Bo nigdy tak nie było! Przed rokiem 1990 katecheza tylko w małej części odbywała się w parafii. W zdecydowanej większości odbywała się ona w tzw. „punktach katechetycznych”. Dzieci czy młodzież szła do parafii tylko wtedy, gdy szkoła i parafia były w jednej miejscowości. Tak było zapewne w miastach. Jednak już nie na wsiach, które stanowiły większość.

Na terenie średniej wielkości wiejskiej parafii potrafiło być kilka szkół, często małych, które oddalone były od parafialnego kościoła kilka kilometrów. Nie uczniowie przychodzili do parafii, tylko ksiądz jechał do szkoły. Do szkoły go oczywiście nie wpuszczano, więc w miejscowości, gdzie była szkoła, wynajmowano jakiś pokój, pomieszczenie i tam odbywała się katecheza.

Czasem była to wioskowa świetlica, czasem remiza a czasem parafia budowała opodal szkoły własne pomieszczenia – szkołę w miniaturze. W takim punkcie starano się o ławki, biurko dla księdza, tablicę i kredę. Było skromnie, czasem siermiężnie, z kaflowym piecem i wychodkiem na podwórku, ale było.

Gdy młodzież czy dzieci szły do parafii, to także ostatecznie trafiały do jakiejś salki z ławkami i tablicą. Gdy był to kościół to raczej ze wskazaniem jakiejś sali nad zakrystią czy przy chórze. To raczej bieda lokalowa sprawiała, że młodzież czy dzieci, gdzieniegdzie trafiały do kościelnych ławek.

To była konieczność! Ideologia sprawiała, że nie było miejsca na religię w szkole.

Wspólnota wiary

Czy jednak w owych punktach katechetycznych, czy salkach przyparafialnych, tkwiła jakaś ukryta i przeogromna moc, która sprawiała, że katechetyczne wysiłki były owocniejsze i pełniejsze? Co takiego cudownego było w tym, że młodzież wychodziła ze swojej szkoły, przechodziła na drugą stronę ulicy, wchodziła do salki i… nagle odbywała się tam prawdziwa katecheza?

Co sprawia, że obecnie, po 1990 roku, ta sama młodzież, która siedziała przed chwilą z księdzem w salce, wstaje teraz i razem z księdzem wychodzą z salki, przechodzą przez ulicę, wchodzą do jakiejś wolnej klasy w szkole i… już nie można tego nazwać katechezą? Przynajmniej nie w pełni. O co tu chodzi?

Entuzjaści parafialnej katechezy głoszą, że to wszystko dlatego, że parafia jest wspólnotą wiary. Czy rzeczywiście tak jest? Rzeczywiście parafia jest wspólnotą wiary – w dokumentach kościelnych, w postulatach, w idei. W życiu bywa różnie. Tego się nie da zadekretować i uchwalić.

Nie wiem czy to naiwność czy ślepota, wierzyć w to i myśleć, że samo przyjście do parafii włączy nas automatycznie do jakiejś wspólnoty wiary. Przecież tu niepotrzebne są żadne spekulacje, tylko przyjrzenie się rzeczywistości. Przecież już teraz dzieci i młodzież przychodzą do parafii na katechezę, choćby tę przedkomunijną czy przed bierzmowaniem. Mało tego jest, rzadko, ale coś tam jest.

Wystarczy więc przyjrzeć się owej wspólnocie wiary. Bywa na pewno różnie, ale bywa i tak:

„Zaniemówiłam po prostu. Kościół wypełniony był >młodymi gniewnymi<, którzy zachowywali się tak, że nawet ciężko mi to w jakikolwiek sposób skomentować. Panienki w krótkich spódniczkach, z gumą do żucia w paszczy, pyskujące coś księdzu. Kolesie w dresach, z baseballówkami na głowie, siadający na oparciach ławek, z buciorami na siedzeniu, plujący na posadzkę. Wszyscy rozgadani, mający w głębokim poważaniu to, że ksiądz już zaczął do nich mówić. Do moich uszu z różnych kierunków z częstotliwością średnio co kilka sekund docierały słowa ogólnie uznawane za obraźliwe. Pośrodku tego wszystkiego stał ksiądz, czerwony ze złości i zażenowania, próbujący opanować w jakikolwiek sposób bydło… ehm, przepraszam, owieczki.”

To wspomnienie dorosłej osoby, która trafiła na próbę przed bierzmowaniem. Było to zatem zwieńczenie parafialnej „formacji”. Czy dostrzegamy tu jakąś wspólnotę wiary? A przecież rzecz dzieje się w parafii, w kościele.

Dodam jeszcze twitterowe wyznanie pewnej dziewczyny:

„Przez to je….e przygotowanie do bierzmowania w mojej parafii tracę wszelkie pozytywne uczucia do księży. Pół grupy nie przyszło na czuwanie i w ramach kary WSZYSCY mają być na 2-godzinnym czuwaniu w sobotę. Od 19 do 21 klęcząc z chorymi kolanami. K…A!”

Kropki oczywiście są moje, dziewczyna zahamowań nie miała. Pytanie rodzi się podobne, czy dostrzegamy tu jakąś wspólnotę wiary? Czy będzie ona także na owym czuwaniu przez Zesłaniem Ducha Świętego? A przecież rzecz dziać się będzie w parafii, w kościele.

Dlatego katecheza parafialna to mit. Nie dokona się żadna cudowna przemiana wody w wino wraz z przekroczeniem progu parafialnej salki, czy kościoła. Powiem więcej, nie dokona się przemiana wina w wodę, gdy wierzący człowiek wyjdzie z kościoła i wejdzie do szkoły.

Myślenie o tym, że proste sprowadzenie dzieci czy młodzieży na drugą lekcję do parafii, stworzy nagle jakąś wspólnotę wiary ma coś z magii. To nie będzie działać.

Katecheza nie zależy od miejsca

Zrozumcie, proszę, wreszcie, że katecheza nie zależy od miejsca, gdzie się ona odbywa, ale od realnych więzi, które łączą katechetę z katechizowanym. Nie ma znaczenia, czy jest to w szkole czy w salce, czy w kościele.

Jeśli każemy przyjść młodzieży do kościoła to pewnie jeszcze niektórzy przyjdą. Gdy poprosimy, by przesiedli się i usiedli w prezbiterium, to może się przesiądą. Gdy postawimy przed nim najmądrzejszego i najświętszego biskupa, to może niektórzy będą nawet słuchać. Jednak samo sakralne miejsce i dostojny przewodniczący zgromadzenia, nie mają same w sobie mocy sprawczej stworzenia wspólnoty wiary.

Jest najwyżej szansa na stworzenie więzi. I na tej bazie budować można wspólnotę wiary. Tylko, że taka sama szansa jest w szkole! I w każdym innym miejscu.

Nie ważne czego uczysz, nie ważne jak uczysz, nie ważne gdzie uczysz! Ważne jest to, kim jesteś dla tego kogo uczysz!

Czy chcecie wiedzieć jakie miejsce byłoby najbardziej optymalne dla katechezy? Tym miejscem byłoby więzienie, gdzie w jednej celi siedziałby proboszcz z grupą swoich parafian. I wszyscy oni by wiedzieli, że następnego dnia o świcie wszyscy będą powieszeni za wiarę.

Widzisz teraz tę wspólnotę, te więzi, ten wspólny los, który ich spaja? Czy możesz sobie wyobrazić jak by słuchali proboszcza w tę ostatnią noc, jak by się modlili, rozmawiali, przebaczali sobie?

A wszystko byłoby tak daleko od parafialnej salki.

Na pewno lepiej być u siebie

Jest jednak pewna istotna różnica między katechezą w szkole a katechezą „po drugiej stronie szosy”. Ta różnica polega na tym, że po owej „drugiej stronie szosy” ksiądz był u siebie. Ma to spore znaczenie. Choć nie decydujące. Wszakże wspomnianą próbę przed bierzmowaniem i to czuwanie modlitewne, księża mieli „u siebie”.

Zatem to „u siebie” nie załatwi wszystkiego, ale na pewno sytuacja, gdy u siebie nie jesteśmy wszystko mocno utrudnia. A w szkole nie jesteśmy u siebie i robimy wszystko, by jeszcze bardziej nie być u siebie. I to jest błąd.

Zostałem księdzem w roku 1990, w roku powrotu katechezy do szkół. Miałem jednak wcześniej diakońską praktykę katechetyczną, która polegała na tym, że przez cały rok szkolny katechizowałem dwie szóste klasy. Katechizowałem w parafii, w budynku parafialnym, w którym na każdej z trzech kondygnacji były 3-4 sale. Taka zupełnie spora parafialna szkoła.

Po święceniach trafiłem do szkoły średniej. Na pewno w tym pierwszym roku nie było oceny z religii na świadectwie szkolnym. Dawaliśmy własne świadectwa. I patrząc na to wszystko nie widzę specjalnej różnicy między moją katechizacją jako diakon w salce a moją katechizacją w mławskiej budowlance jako młody ksiądz.

Potem jednak już było gorzej: dzienniki, świadectwa, pensja, ocena z religii do średniej, chore marzenia o maturze z religii. I wątpliwe z punktu widzenia Kościoła prawo oświatowe. To owe prawo jest głównym sprawcą tego, że ksiądz i katecheta posłany przez Kościół nie jest w szkole „u siebie”.

Najbardziej istotny jest niewinny przepis mówiący o tym, że o udziale ucznia w lekcji religii decydują rodzice względnie sam pełnoletni uczeń. A Kościół? No właśnie, Kościół nie ma tu nic do powiedzenia. Tu jest pies pogrzebany. Przyzwalamy na odebranie sobie prawa do decydowania o tym, kto może być katechizowany.

To tak jakby odebrać władzom seminaryjnym prawo do usunięcia kleryka z seminarium. Brzmi absurdalnie? Takim samym absurdem jest zrezygnowanie z prawa do wykluczenia tego czy innego ucznia z katechezy. Tkwimy w tym absurdzie.

Oczywiście, że nie można tego robić lekką ręką i pochopnie. To nie chodzi o to, że ksiądz się zdenerwuje i kogoś „wywali”. Tu chodzi o autonomię Kościoła, którą sobie odebraliśmy.

Miałem zamiar tej autonomię poświęcić więcej czasu, ale nie bardzo wierzę, by było realne odzyskanie tej autonomii, więc daruję to sobie. Szkoda czasu!

Ten czas warto wykorzystać na coś innego!

Gdzie mamy prawdziwy kryzys?

Katecheza w szkole jest na pewno w dużym kryzysie. Martwić może wypisywanie się młodzieży i wypisywanie dzieci. Martwić może kryzys kadrowy, który już jest a będzie się jeszcze pogłębiał. Martwić też powinny mierne owoce tej naszej szkolnej (i wszelkiej) katechizacji.

Problem jednak leży gdzieś indziej. I głębiej!

To nie jest kryzys sam w sobie. To jest kryzys Kościoła. Kryzys katechezy to tylko echo kryzysu Kościoła. Leczenie zatem katechezy, jej reformowanie i poprawianie przypominać będzie jedynie zbijanie gorączki u chorego. Czasem trzeba podać coś na jej zbicie, ale leczenie prawdziwe to zdiagnozowanie choroby i uderzenie w chorobę.

Co jest problemem? Owa „wspólnota wiary”, a dokładnie jej brak. Chrześcijaństwo w Polsce nigdy nie było większością w całej populacji a obecnie mizeria jego powierzchowności i pozorności objawia się w całej pełni.

Chrześcijaństwo to więź łącząca ludzi z Jezusem i wierzących między sobą. Tego nie ma!

Jest pewien kulturowy kod, pewne zwyczaje, tradycje, określony język, ale więzi brak. Jest nawet zapotrzebowanie na kościelne rytuały, ale nie ma w nich wiary. „Proszę księdza, tak naprawdę jestem niewierząca, ale nie mogę sobie odmówić tak pięknej ceremonii” – tak powiedziała pewna kandydatka do kościelnego ślubu. Jaki był epilog tej historii? Ślub się odbył, a jakże, w kościele.

Mówiąc o braku więzi nie stwierdzam ich całkowitej nieobecności. Były, są i będą środowiska wiary i ludzie głęboko i szczerze przeżywający swoją więź z Bogiem. Jednak w porównaniu z tym co dominuje, to jakby w ogóle ich nie było.

Dziwicie się, że młody chłopak wypisuje się z religii, gdy jego rodzina jest głucha na Ewangelię, wiara nie wywiera żadnego wpływu na rodziców a i dla niego jest to zasadniczo obojętne? Dziwiłbym się, gdyby się nie wypisał.

Co zatem należy robić? Co począć z katechezą? Kapitulować?

Zdecydowanie nie, choć rozwinę później myśl, że szkolna katecheza nie będzie terenem, gdzie wygrana lub przegrana będzie wojna o przyszłość chrześcijaństwa w Polsce. Zbawienie gdy przyjdzie, nie przyjdzie przez katechezę.

Co można zrobić „od zaraz”?

Możemy pomóc katechezie szkolnej, możemy wesprzeć katechetów. Potrzebne są działania, niektóre dostępne od zaraz. Pierwsza rzecz to oficjalny zakaz korzystania z darmowej pracy katechetów w parafii.

Nie chodzi mi o okazjonalne grzeczności, ale o systemowe oczekiwania, że całe godziny w tygodniu katecheta pracować będzie na rzecz parafii.

Chcemy korzystać, to uczciwie płacimy. Nie stać nas, nie korzystamy. Przecież to powinno być oczywiste. Znacząco uzdrowi to relacje katecheci – księża.

Kolejna rzecz to uwolnienie podręczników do religii. Skandalem jest, że wiele diecezji z góry narzuca katechetom te a nie inne podręczniki. Można to zrozumieć – podręczniki to żyła złota. Wydawnictwo, które wydaje podręczniki, znacząco może reperować finanse diecezji czy zakonu. I niech reperują, tylko niech się nie narzucają.

Istnieją różne racje dla uwolnienia podręczników. Niech wystarczy tu jedna: zabetonowanie rynku podręczników sprawia, że nie mogą powstać lepsze. Żyła złota niech płynie sprawiedliwie do tych, którzy przez ciężką pracę i swój „pomyślunek” dadzą najlepszy produkt. A katecheci go znajdą. Nakazowość podręczników zabija szkolną katechezę.

Kolejna rzecz jest trudniejsza i wymaga negocjacji. Jest to przywrócenie Kościołowi prawa o decydowaniu, kto może być katechizowany. Oczywiście nikomu katechezy narzucać nie można i szanować trzeba decyzję rodziców, ale za decyzją rodziców powinna być akceptacja Kościoła… lub jej brak.

Być może nie wszyscy to rozumieją. Zrozumieją, gdy jakaś młodzieżówka lewicowa odkryje, że można systemowo, długofalowo, skutecznie i zgodnie z prawem rozwalać lekcje religii.

Na razie takie rozwalanie dokonuje się spontanicznie przez uczniów, którzy albo zmuszeni przez rodziców albo z własnej bezmyślności czy lenistwa, trafiają na katechezę i z nudów zabawiają się dręczeniem katechety. I nie można tu wiele zrobić.

Tak trzeba walczyć o każdego. Jednak czasami elementem tej walki i starania powinna też być „katechetyczna ekskomunika”.

Kolejna rzecz, do zrobienia od zaraz, to elastyczność. Jeśli nie mamy dwóch ludzi do obsadzenia jakiejś szkoły, to poślijmy tam jednego. Zrezygnujmy z dwóch godzin na rzecz jednej a zrobionej lepiej. Konieczność łatania dziur za wszelką cenę prowadzi często do zatrudniania osób przypadkowych i zwyczajnie słabych. To niczemu nie służy, wręcz szkodzi.

Elastyczność może też wyrazić się też tym, że w jakiejś szkole, z racji klimatu grona pedagogicznego, kreciej roboty jakiegoś dyrektora, czy innych powodów, nie będzie religii. Nie dlatego, że ktoś ją wyrzuci, ale dlatego, że nie ma to większego sensu. Czy zawali się od tego Kościół? Nie zawali się! Zawali się od czegoś innego.

Dajmy większy luz z jednoczesnym większym wsparciem katechetów. Może trzeba układać jakieś programy, ale późniejsze „piłowanie” tych programów niekoniecznie jest dobre.

Kardynał Nycz powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że „katecheza w szkole to dalekie przedpole pierwszej ewangelizacji”. Zatem nawet nie ewangelizacja, ale jej przedpola. I to nie te bliskie, ale raczej dalekie. Dlatego niech wizytatorzy religii sprawdzają inaczej jakość wojownika tych przedpoli, niż przez pryzmat wpisanych tematów, realizacji podstawy i czy uczniowie mają „nasz” podręcznik.

A co do wsparcia katechetów to zapytam kolejny raz o adres zadekretowanego w polskim dyrektorium katechetycznym (2001) „Krajowego Centrum Katechetycznego”, które miało być stworzone dla wsparcia katechetów i katechezy, i nie powstało do tej pory.

Jak działać bardziej systemowo?

Katechezy w szkole nie powinno się odpuszczać i można sporo zrobić, by była lepsza. Jednak nie w szkole rozegra się bitwa o przyszłość Kościoła w Polsce. Więcej nawet – przez te potyczki możemy przegrać tam, gdzie ważyć się będzie prawdziwe rozstrzygnięcie. Czas i siły księży, liderów, katechetów są wielkościami skończonymi. Jak zużyte będą na jednym odcinku, to nie wykorzysta się ich gdzie indziej. Sił i środków poświęconych na szkolną, katechetyczną orkę, nie wykorzysta się w duszpasterstwie parafialnym.

Duszpasterstwo parafialne także można mitologizować ustawiając w kontrze do szkolnej katechezy. Nie wszystko co dzieje się w parafiach jest mądre i zbawienne. Czasem jest głupie i szkodliwe. Jeden ze swoich tekstów poświęconych bierzmowaniu zacząłem od zdania:

„Gdyby w niektórych parafiach w trybie natychmiastowym zaprzestać wszelkich przygotowań młodzieży do bierzmowania, zawiesić wszystkie spotkania, zrezygnować z realizacji wszystkich kurialnych czy synodalnych wskazań, oznaczałoby to znaczący wzrost poziomu duszpasterstwa młodzieży – przestano by szkodzić. A to już coś.”

Podtrzymuję to twierdzenie w całej rozciągłości a jednocześnie widzę jak wielki rodzi to opór.

Co zatem robić? Nie katechizować tylko ewangelizować! Nie na zasadzie tolerowania jakiś dziwaków, ale zrozumienia, że jest to z natury pierwsze i podstawowe zadanie Kościoła. Inaczej dalej będziemy mieć w Kościele miliony ochrzczonych pogan, którzy na ponaglanie do czegoś więcej i do czegoś głębiej, naprawdę szczerze będą się dziwić i reagować słowami: „ale o co księdzu chodzi?”

A chodzi o to, że przy wierze wytrwa jedynie ten, kto ją świadomie i w wolny sposób przyjmie. Zachowa wiarę tylko ten, kto tej wiary będzie świadkiem.

Kryzys katechezy, kryzys powołań, kryzys duchowieństwa, to tylko echo szerszego kryzysu Kościoła, a dokładnie kryzysu wiary, czy raczej objawienie tego kryzysu, który był od dawna, jeśli nie od zawsze.

Jedynym ratunkiem jest ewangelizacja, ale robiona w odpowiedni sposób czy raczej ukierunkowana na pewne cele, o których za chwilę.

Nie liderstwo, ale samodzielność

Dzisiaj mamy wiele różnych inicjatyw ewangelizacyjnych, prawdziwą wiosnę różnych wspólnot, zwłaszcza męskich. Ciesząc się z tego trzeba jednak zauważyć, jak wielkie znaczenie w niektórych z nich odgrywa przywódca, założyciel, autorytet. Jego się słucha, na spotkania z nim jeździ, odtwarza się jego nagrania. Karmi się każdym jego słowem.

Jednocześnie mamy „szatańską wiosnę”, która objawia gorzką prawdę o tym, kim często naprawdę byli różni założyciele wspólnot i liderzy. Oczywiście nie wszyscy, ale zakres ujawnianych skandali przeraża.

Autorytet jest oczywiście niezwykle ważny, sami to w tym tekście udowadnialiśmy, ale prowadzić on powinien zawsze do więzi z Bogiem. Każdy ksiądz, każdy lider, każdy nauczyciel, założyciel i przywódca to z założenia „spróchniała deska”. Nie jest roztropną rzeczą stawać obiema nogami na spróchniałej desce.

Dlatego ewangelizacja od początku powinna prowadzić do dojrzałości i związanej z nią samodzielności. Każdy wierny ma przystęp do Boga. Winien wiedzieć na czym to polega, jak tę więź realizować, jak Boga słuchać, jak poznawać Jego wolę, jak trwać we wspólnocie z Bogiem.

A tego nie ma! Pokazały nam to pierwsze miesiące ograniczeń związanych z pandemią. Narzucone ograniczenia pokazały jak wielu wiernych w tej sytuacji przeżywało całkowitą bezradność. Po prostu świat się walił. Jakby zabrano im Boga. Jeśli Bóg jest tylko w zamkniętym kościele, to byłaby to prawda. Czy jednak rzeczywiście tak jest?

Dojrzałość i samodzielność zachowa wiarę także wtedy, gdy władza każe zamknąć kościoły, także wtedy, gdy wybuchną prześladowania, gdy zabraknie księży, bo ci co są poumierają a nowych będzie dramatycznie mało.

I kolejna rzecz, istotna dla katechezy. Dojrzałość i samodzielność wiernych w prosty i oczywisty sposób prowadzić będzie do katechizacji własnych dzieci.

Katechizowanie własnych dzieci

Padliśmy ofiarą powszechnego a błędnego przekonania, że katecheza dzieci i młodzieży jest czymś absolutnie koniecznym, niezbędnym, że bez tego zawali się Kościół i świat.

Tak, katecheza jest niezbędna, ale wcale nie musi się odbywać w szkole, wcale się nie musi odbywać w punkcie katechetycznym czy parafii, wcale nie musi być prowadzona przez księdza, i wcale nie trzeba w tym celu zatrudniać katechetów.

Katechezę dzieci i młodzieży może w całej pełni zrealizować chrześcijańska rodzina. Tylko czy jeszcze w to wierzymy?

Tej wiary zaczyna brakować. Dominuje przekonanie, że katecheza to tylko domena specjalistów po studiach magisterskich z przygotowaniem pedagogicznym. Albo oni, albo nikt.

Nie zapomnę spotkania z licznym gronem katechetów pewnej dużej parafii. Prezentowałem pewien program przygotowania do Pierwszej Komunii i przekonywałem, że można i trzeba angażować rodziców do dzieła katechizacji ich własnych dzieci. W trakcie tego przekonywania jeden z katechetów „odkrył”, że jest ojcem dziecka, które właśnie rozpocznie przygotowanie do Pierwszej Komunii i może sam wiele zrobić w dziele tego przygotowania, zważywszy, że przy okazji ma jeszcze zawodowe kompetencje. Do owej chwili jego horyzont możliwości zawężony był jedynie do jednej opcji, że odda dziecko specjalistom i będzie patrzył co się dzieje.

Popełniamy pewien zasadniczy błąd. Z jednej strony nawołujemy rodziców do odpowiedzialności za religijne wychowanie dzieci a z drugiej strony zdejmujemy z nich odpowiedzialność a wręcz zabieramy im dzieci.

Rodzice godzą się na to, bo to, przyznajmy, może być wygodne. Pozostaje mały procent, który zachowuje odpowiedzialność i chce pracować z dzieckiem, ale tacy rodzice czują niepewność, czy robią to dobrze. Pozostawieni są praktycznie bez wsparcia.

Metoda na „piętnastoletniego kapitana”

Jak można przywrócić i wzmocnić odpowiedzialność rodziców za wiarę ich dzieci? Metodą na „piętnastoletniego kapitana”. Nazwa nawiązuje do powieści Juliusza Verne’a o tym tytule. Piętnastoletni Dick Sand, po śmierci kapitana i większości załogi statku zostaje kapitanem. Nie ma innej opcji – tylko on może zaopiekować się statkiem, pozostałą załogą i pasażerami.

Wzięcie odpowiedzialności sprawia, że chłopiec dorasta do zadania. Każdego dnia konfrontuje się z prawdą, że jeśli nie on, to nikt.

Coś podobnego powinno dokonać się na „pokładzie” każdej rodziny. Dla zejścia z poziomu abstrakcji, ogólnych twierdzeń i założeń chciałbym posłużyć się przykładem wziętym z praktyki przygotowania dzieci do Pierwszej Komunii.

Można w tym przygotowaniu zabrać dzieci rodzicom i powierzyć „fachowcom”, zostawiając rodzicom jedynie staranie o składkę, sprzątanie kościoła, dekoracje, pozwalając by naturalna energia rodziców wyrażała się tylko w pokątnym szemraniu albo publicznym pyskowaniu.

A można inaczej.

Pokażę to na przykładzie pewnego programu przygotowania dzieci do Pierwszej Komunii. Celowo nie używam nazwy programu, bo nie o sam program chodzi, ale o pewien styl.

Przybliżając ten styl będę podawał uwagi, wskazówki, rady jakich ksiądz mógłby udzielać drugiemu księdzu.

Generalna zasada – wszystkie okazje wykorzystuj do budowania i wzmacniania wspólnoty rodzinnej i parafialnej.

Zacznij od indywidualnego spotkania z rodzicami i dzieckiem. To spotkanie zaczyna się już w momencie telefonicznego umówienia terminu. Delikatnie rzecz ujmując rozmawiać można różnie. Nie każda taka rozmowa buduje wspólnotę.

Dlatego warto ucieszyć się z tego telefonu, być cierpliwym, otwartym. Warto podziękować, zażartować. Gdy nie możemy odebrać telefonu warto oddzwonić.

A potem samo spotkanie. Warto uświadomić sobie, że dla niejednej rodziny już samo spotkanie na plebanii jest dużym wyzwaniem i stresem. Więc warto pomagać.

Nie siedź za biurkiem. Wstań, wyjdź naprzeciw, przywitaj się, podaj rękę i uściśnij te ręce, zaproś, pokaż drogę, poproś, by rodzina usiadła.

Wcześniej spójrz z kim masz się spotkać – zapamiętaj imię dziecka i imiennie dziecko przywitaj.

Uśmiechnij się, zagadaj, zapytaj. Patrz na nich, pokaż, że są oczekiwani. Podziękuj za to spotkanie.

A potem przejdź do sedna. Powiedz kto jest odpowiedzialny za przygotowanie dziecka do Pierwszej Komunii i na czym to przygotowanie będzie polegać.

Powiedz:

Poprosiłem was o spotkanie, bo mam jedną ważną rzecz do powiedzenia i chcę to powiedzieć osobiście, patrząc w oczy mamie (popatrz) i patrząc w oczy tacie (popatrz). Ja nie przygotuję wam (tu imię dziecka) do Pierwszej Komunii.

Nie, żebym nie chciał, ale nie mogę, nie potrafię! Gdyby przygotowanie dziecka do Pierwszej Komunii polegało na tym, że zada się jakieś pytania i modlitwy a potem wszystko sprawdzi, to mógłbym to zrobić. Jednak przygotowanie do Komunii polega na czymś głębszym. To przekaz pewnych wartości, to pokazanie tego jak żyć, co jest dobre a co jest złe.

Taki przekaz dokonuje się w oparciu o autorytet. I jasno trzeba stwierdzić, że największym autorytetem dla dziecka są rodzice. Wy jesteście autorytetem, jesteście alfą i omegą, początkiem i końcem. Mój autorytet w porównaniu z waszym autorytetem jest… żaden.

W takiej rozmowie ważne jest także to czego się NIE powie. Odkryjesz w sobie wewnętrzne impulsy, by powiedzieć: „Trzynaście lat jestem w tej parafii, ale was widzę chyba pierwszy raz”. To może być prawda, ale nie mów tego, to nie jest do tego odpowiednia chwila. Nie oskarżaj, nie oceniaj, nie rób rachunku sumienia, nie rozliczaj, nie czyń odwetu.

Raczej punktuj i wzmacniaj to co jest pozytywne i do czego prawdziwie możesz się odwołać. Powiedz:

Przed laty poprosiliście o chrzest dla waszego dziecka, ochrzciliście go. Chcieliście, by chodził na katechezę w przedszkolu a potem w szkole. Teraz prosicie o Pierwszą Komunię, jesteście tutaj.

Myślę zatem, że uznajecie sprawy wiary, sprawy Kościoła za ważne i istotne dla was i dla waszego dziecka (zawsze imię!). Gdybyście nagle usłyszeli, że dziecko nie będzie miało Pierwszej Komunii, to rodziłby się w was sprzeciw, oburzenie. Mielibyście poczucie, że dziecku zabiera się coś istotnego, ważnego, że z czegoś się je okrada, że coś traci.

Cieszę się, że tak to widzicie.

A potem spróbuj pokazać, że to całe dobro, którego pragną dla swojego dziecka może przyjść do dziecka… tylko przez nich.

Powiedz:

Ksiądz i katecheta może dziecko nauczyć takiej czy innej modlitwy, ale pokazać, że modlitwa jest WAŻNA mogą tylko rodzice, którzy sami się modlą.

Ksiądz i katecheta może dużo mówić o mszy Świętej, ale to rodzice przekażą dziecku, że jest to ważne, idąc rodziną do Kościoła.

To rodzice dla dziecka są nauczycielami życia i wiary. Bardziej przez to kim są i co robią, niż przez to co mówią.

A potem wskaż i podpowiedz oczekiwania. Powiedz:

W gruncie rzeczy przygotowanie do Pierwszej Komunii jest bardzo proste. Trzeba z dzieckiem rozmawiać na tematy wiary. Trzeba się z nim modlić. Trzeba wspólnie czytać Pismo Święte. I trzeba, jak tylko to możliwe razem, pamiętać o niedzielnej Mszy Świętej. To wszystko! Robiąc to przygotujecie pięknie wasze dziecko do Pierwszej Komunii.

Odpowiem teraz na rodzące się zastrzeżenia, czy wręcz bunt niektórych czytelników. Przecież doskonale wiemy jak wygląda życie parafialne, jak mało ludzi, jeszcze mniej dzieci, uczestniczy we Mszy Świętej, jak laicyzuje się społeczeństwo, jak rośnie ignorancja, jak zaniedbywane są religijne praktyki a rośnie wybiórczość wiary.

Tak, to prawda. I warto dać w rozmowie temu wyraz. Powiedz:

Doskonale wiem, że różnie wygląda praktykowanie wiary, że wielu rodziców pogubiło się, że poplątało się życie. Wiem, że czasami nie można praktykować życia sakramentalnego, bo są przeszkody, a czasami zwyczajnie się nie chce. Głupi nie jestem, naiwny też nie jestem. Wiem, że rodzice są różni.

Wiecie co? Wiem coś o was! Znam pewną tajemnicę, która jest w Panu i Pani. Powiedzieć wam? Kochacie swoje dziecko! Kochacie jak potraficie, ale zawsze najmocniej na świecie. I nikt z was nie weźmie dziecka na bok i nie powie: Żyj jak chcesz, w życiu rozpychaj się łokciami, po trupach, ale do celu, nie ma zła, wszystko co tobie służy jest dobre. Nikt z was nie powie: Nie szanuj rodziców, zabijaj, kradnij, zdradzaj, oszukuj.

Chcecie dobra, prawdy, prawdziwego szczęścia dla swego dziecka. Chcecie dla niego wiary i Boga, nawet jeśli sami trochę się pogubiliście.

Dobro, prawdę i prawdziwe szczęście możecie dać dziecku tylko wy. W imię tej miłości jaką macie dla swojego dziecka, w imię tego pragnienia, by dać im niebo, podejmiecie te rodzicielskie obowiązki przygotowania dziecka do Pierwszej Komunii.

Kto przygotuje wasze dziecko? Wy – mama i tata! A jeśli nie wy? To nikt, bo jesteście jedyni i nie do zastąpienia.

Nikt was nie może wyręczyć. Możemy wam pomagać – podpowiadać jak rozmawiać, jak modlić się i jak czytać Pismo Święte.

I w taki oto sposób mama i tata, chcąc czy nie chcąc, stają się „piętnastoletnim kapitanem”, nauczycielami wiary swoich dzieci.

To tylko pierwszy element programu. Drugim, zamiast spotkania organizacyjnego, z którego połowa będzie o albach, będzie wspólne świętowanie, festyn, zabawa rodzinna. Kolejna okazja, by się poznać, oswoić a może zaprzyjaźnić?

I każda okazja może budować wspólnotę i więzi. I każda okazja może być wykorzystana, by te więzi i tę wspólnotę niszczyć.

Nie suma, ale iloczyn

Pokutuje przekonanie, że przygotowanie dziecka do Pierwszej Komunii to suma tego, co w to przygotowanie włożą księża, katecheci i rodzice. Każdy coś doda i usypie się górka, mniejsza czy większa, ale coś tam będzie.

Otóż przygotowanie to nie suma wysiłków, ale ich iloczyn. Jeśli gdzieś po drodze będzie zero, to na końcu zawsze będzie zero. Dlatego ważna jest troska, by rodzina dała „coś” a nie „zero”. Nawet niewiele, ale będzie to miało wielką wartość.

Mówię o tym otwarcie rodzicom:

Macie w sobie przeogromną moc! Ksiądz mówi kazanie, staje na głowie, wybija się na wyżyny a wy jednym drgnieniem kącika ust, jednym zmrużeniem powieki, bez słowa nawet, powiecie dziecku „nie bierz poważnie tego gadania”. Albo też drgnieniem kącika ust i jednym zmrużeniem powieki powiecie dziecku „słuchaj tego, co ksiądz mówi.”

Dziecko zawsze was posłucha, za wami pójdzie, was wybierze. Stąd tak wielka na was ciąży odpowiedzialność.

A potem trzeba rodziców zostawić. Wspierać, pomagać, modlić się za nich, ale uznać, że to oni przygotują dzieci.

Jeśli rodzice przygotują dzieci, ksiądz niewiele już dołoży.

Jeśli rodzice zbojkotują swoje zadania, ksiądz już niewiele wskóra a w zasadzie nic.

Zamiast zakończenia

Chcę zakończyć dwiema historiami, które miały dla mnie fundamentalne znaczenie. Może okażą się podobnie skuteczne dla ciebie.

Historia pierwsza. Kilka lat po przywróceniu nauczania religii do szkoły, zapytałem pewną samotną mamę, która wcześniej, przez trzy lata przyprowadzała syna do parafii na katechezę:

– Jaki jest największy „plus” katechezy w szkole?

– Największy plus jest taki, że nie muszę się martwić tym, żeby Robert był na katechezie – odpowiedziała po chwili.

Jednak po kolejnych trzech chwilach gwałtownie zaprzeczyła temu, co powiedziała przed momentem:

– Nie, co ja mówię! To, że nie muszę się martwić tym, by syn był na katechezie, to największy minus katechezy w szkole.

Otóż to właśnie – rodzice „przestali się martwić”. A powinni się martwić! Katechizacja ich dzieci to zawsze powinna być ich odpowiedzialność i zadanie, i zmartwienie.

I druga historia.

Głęboka komuna, wczesne lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Młody, gorliwy proboszcz staje przed zadaniem objęcia katechizacją w punktach katechetycznych wszystkich szkół swojej parafii. A te są liczne, jednej szkoły „nie może dopiąć” – po prostu brakuje dnia.

Mijają tygodnie, sytuacja nie do rozwiązania, a Pierwsza Komunia za pasem. Wreszcie decyduje się na desperacki gest – zwołuje rodziców i ogłasza im: „Nie daję rady, sami widzicie. Tu są podręczniki, sami przygotowujcie dzieci, jak potraficie”. Okazało się potem, że były to w całej grupie komunijnej najlepiej przygotowane dzieci.

I do tego modelu należy wracać – to rodzice powinni katechizować. I zrobią to lepiej niż ksiądz i katecheta, bo mają niesłychaną przewagę – są rodzicami.

Rola księdza i katechety jest ważna, ale tylko pomocnicza.

Zapraszam do wyrażenia swoich opinii i przemyśleń.

Zostańmy w kontakcie

Podaj swój adres mailowy

18 komentarzy do “Mity i prawda katechezy

  1. Według mnie najlepsza analiza lekcji religii/katechezy dzieci i młodzieży od 32 lat, kiedy lekcja religii weszła do szkoły. Trafne spostrzeżenia, wiele z nich szeroko dyskutowanych w gronie księży. Bardzo dziękuję Księdzu Zbigniewowi za tę wypowiedź, zwłaszcza o autonomii Kościoła do decydowania kto może być na lekcji, a także o podręcznikach, żeby była dowolność. Niestety w mojej Diecezji nie ma możliwości wyboru podręcznika.
    Dodałbym, że uczniowie często traktują lekcję religii jako jedną z wielu. Nie ma specjalnej sali do lekcji religii (nawet w naszych warszawskich szkołach często nie ma krzyży na ścianie). Uczniowie mają lekcji w sali chemicznej, fizycznej, biologicznej. Pojawia się myślenie wśród młodych: “jeżeli np. chemia nie będzie mi potrzebna w życiu, to również religia. Wolałbym wf czy informatykę”.
    Lekcja religii w szkole również wywołała myślenie wśród rodziców, że różne informacje np. dotyczące Pierwszej Komunii Św. czy Bierzmowania dowiedzą się z dziennika elektronicznego, a nie ogłoszeń i spotkań parafialnych. Do tego stopnia, że w pewnej szkole, w której uczyłem, mama dzwoniła do dyrektor, żeby dowiedzieć się jak wyglądają przygotowania i zapisy do Pierwszej Komunii, zupełnie nie pojawiając się w kościele parafialnym.

  2. Katecheza w szkole państwowej niestety zawsze będzie musiała dostosować się do obowiązującego prawa. A prawo stanowione przez rządzących może być różne. Widać, że biskupi walczą, aby katecheza w szkole została ocalona i na razie wygrywają, bo mamy taki, a nie inny rząd. Nie rozwiązuje to jednak problemów fundamentalnych. Dziś nauczyciel to przede wszystkim urzędnik, który realizuje nakazy administracji, wypełnia stosy papierów, non stop musi się tłumaczyć z realizacji takich czy innych przepisów. Katechetów ta biurokratyczną gorączka nie omija. Nie wierzę, że katecheza na salkach uzdrowiła bym całościowo sytuację, ale na pewno dałaby Kościołowi wolność w realizacji swojej misji… Ostatecznie chodziłoby w mojej opinii o generalną reformę systemu edukacji, w kierunku oddania szkół w prywatne ręce. Wtedy właściciel (stowarzyszenie, rodzice, samorząd) w wolności mogłoby “umówić się” z Kościołem, w jaki sposób ma wyglądać lekcja religii… Byłoby to również z pożytkiem dla rozwoju szkół katolickich, które będąc na państwowym garnuszku muszą realizac odgórne wytyczne np. umożliwić dzieciom lekcje etyki, jeśli rodzice tego sobie życzą….

    1. Jestem całym sercem za prywatną szkołą – bez wyjątków, po całości. Tylko wtedy zacznie się ją cenić.

  3. Pamiętam moją katechezę w salce przy parafii. Czy były ciekawe? Nie. Przychodził ksiądz, siadał przy stole i jakby “odtwarzał z magnetofonu” przygotowany referat. My (młodzież) w tym czasie zajmowaliśmy się swoimi sprawami. Księdza refleksja na temat katechezy pokazuje “droge”, którą powinniśmy podążać. Czy jednak TEN głos i tym podobne głosy będą wysłuchane przez naszych biskupów, czy poszczególnych proboszczów? Dziękuję za mądrą refleksje !!! Zgadzam się z Księdza sugestiami.

  4. sama kwintesencja , to wlasnie o to chodzi. Serdeczne Bog zaplac + niech dobry Bog prowadzi i wspiera : )+

  5. sama kwintesencja , to wlasnie o to chodzi. Serdeczne Bog zaplac + niech dobry Bog prowadzi i wspiera : )+

  6. sama kwintesencja , to wlasnie o to chodzi. Serdeczne Bog zaplac, niech Bog prowadzi i wspiera : )+

  7. Bije się w piersi i przyznaję że niegdyś zwalilam całą odpowiedzialność za wychowanie w wierze moich dzieci na nauczycieli , katechetów czy księży. A przecież to my rodzice będziemy odpowiadać za ich wychowanie.

  8. Bije się w piersi i przyznaję że niegdyś zwalilam całą odpowiedzialność za wychowanie w wierze moich dzieci na nauczycieli , katechetów czy księży. A przecież to my rodzice będziemy odpowiadać za ich wychowanie.

  9. Szczęść Boże, wysłuchałam w całości Księdza referatu inauguracyjnego. Jestem już Katechetą na emeryturze, świeckim katechetą żona i matką trojga dzieci, przepracowała w katechezie 39 lat, ale bardzo ważne jest dla mnie to, co się dzieje w Katechezie. Nawet czasami, jak na to patrzę to mam ochotę wrócić jeszcze do katechezy szkolnej. No cóż, zastanawiam się, czy wiedzieli Ci co tą Uroczystość organizowali, co ksiądz będzie mówił? Czy te wypowiedzi były “recenzowane”? Bo chyba może się nie spodobać ani wydziałowi katechetycznemu, ani Dyrektorom szkół. Ale to niestety prawda, tak wygląda dziś katecheza szkolna i to jest smutna rzeczywistość. Wysłałam linka do posłuchania kilku osobom, które znam, a które jeszcze pracują w Katechezie. proszę zgadnąć, kto pierwszy odpowiedział, młody ksiądz z parafii, w której mieszkam, obiecał, że posłucha. Katechizuje młodzież, więc zagadnęłam, że bardzo się martwię, bo wczoraj byłam na Peregrynacji relikwfii bł. Carla Acutisa w jednej z parafii naszego miasta i że było mało młodzieży, ale otrzymałam odpowiedź, że nie jest tak znany młodzieży i że na siłę trudno ich wyciągać. Wiem od młodzieży, że księża wogóle na katechezie o tym nawet nie wspominali, nie mówiąc o zaproszeniu. A ksiądz ma inne sprawy na głowie, bo w parafii prowadzi grupę Wojowników Maryi, a szkoła to tylko miejsce na zarabianie pieniędzy, bo z czegoś trzeba się utrzymać? Smutna rzeczywistość. Apotem słyszę, że nie ma młodzieży w kościele. Brakuje mi teraz takiej zwykłej katechezy szkolnej i takiego zwykłego życia wspólnoty parafialnej, z której wyrosłam. Pozdrawiam Księdza, szczęść Boże!

    1. Czy wiedzieli co będę mówił? Wiedzieli!

  10. Niestety w kuluarach coraz częściej słychać pomysły o cudownym „ uzdrowieniu” katechezy, poprzez pozostawienie jednej godziny w szkole ( żeby katecheci mieli z czego żyć ) i przeniesieniu drugiej godziny na parafie. Tam, jak za dawnych „ dobrych czasów „ będzie prawdziwa, sentymentalna katecheza, prowadzona przez tych samych szkolnych katechetów , oczywiście już za darmo. Za to prestiż i jakość nieporównywalna do tej szkolnej! Ma to być recepta na mniejsza liczbę młodych w Kościele i na wszystkie problemy katechetyczne. Oczywiście zgadzam się z Księdzem, ze to jest bzdura! Abstrahując od tego, ze większość domów katechetycznych czy tez dawnych salek w dużych miastach są już dawno wynajęte prywatnym szkołom i rożnym instytucjom, pozostaje pytanie: kto i czy wogóle przyjdzie oraz co to zmieni? Gdy zaprosiłam na parafię Rodziców dzieci przygotowujących się do Bierzmowania, to miało sens. Widziałam efekty- wsparcie, troskę, stały kontakt, zaangażowanie. Dlatego jestem za formacja Rodziców, Mszy dla Rodziców i dzieci, zapraszaniem i uświadamianiem , że bez Nich nie ruszymy z miejsca a ławki w Kościele po I Komunii i Bierzmowaniu nadal będą coraz bardziej puste!

  11. Jestem pod wrażeniem, przedstawił Ksiądz bardzo przenikliwe studium i naprawdę trudno się z Księdza spostrzeżeniami nie zgodzić, choć są miejscami rewolucyjne, jak to o pracy katechetów w parafii, czy możliwości zastosowania katechetycznej ekskomuniki. Dziękuję za demitologizowanie katechezy w salkach parafialnych i podkreślenie roli relacji w katechezie. Jako katechetka i mama dziecka, które rozpoczęło przygotowanie do I Komunii Świętej czuję się postawiona w stan gotowości, jak po odprawie u generała. Szczęść Boże.

    1. Nie ma “spocznij” 🙂

  12. Z większością tez się zgadzam. Katechizowani powinny być wpierw zewangelizowani, w przeciwnym razie katecheza jest męczarnią dla obydwu stron. Uczymy o czymś, co dla młodych jest abstrakcją. Taka katecheza jest jak uczenie się martwego języka. Można, ale po co? Sztuka dla sztuki. Przekaz wiary powinien odbywać się w domu – słowem i przykładem. Katecheza powinna wspomagać rodziców, którzy nie mają wystarczających predyspozycji by robić to w sposób systematyczny czy pogłębiony. Ludzie, którzy spotkali Jezusa w wyniku ewangelizacji, garną się do tego, by dowiedzieć się o Nim i swojej wierze jak najwięcej. Stąd rozkwit różnych rekolekcji i seminariów biblijnych, miejsc takich jak Centrum Formacji Duchowej, kanałów YouTube, w których wyjaśnia się Pismo św. i zasady wiary. Dla osób przypadkowych jest to fikcyjny świat z wysokim progiem wejścia. Dlatego katecheza powinna być katechezą, a nie religioznawstwem. Od lat krygujemy się, że nie jest to katecheza (bo szkoła nie może być wyznaniowo zaangażowana) i lawirujemy między katechizacją i ewangelizacją, nie wspomnę już o programach nauczania, podręcznikach. Osobna kwestia to sami katechiści, którzy często swoim życiem osobistym dają antyświadectwo i nie udają, że katecheza szkolna jest dla nich tylko pracą, a nie powołaniem.
    A fragment “oficjalny zakaz korzystania z darmowej pracy katechetów w parafii”….. Szkoda słów. Myślę, że dla większości proboszczów to wielkie zdziwienie o czym ksiądz mówi. Przecież te osoby “posługują”, a sługom się nie płaci.

  13. Bardzo dziękuję, niech Dobry Bóg Ksiedzu Błogosławi.

  14. Zgadzam sie z wieloma, a nwet z wiekszascia spostrzezen. Nie podoba mi sie agresywny ton referatu, ale moze ksiadz mial zly dzien. Uzupelnilbym jeszcze wypowiedzi jednym stwierdzeniem – do szkol powinni isc tylko ksieza prefekci, czyli wyksztalceni pedagogicznie duchowni. Nauka katechezy w seminarium to jest po prostu wic.

    1. Agresywny ton? Jestem zdumiony! 🙂

Skomentuj Bozena Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.