Wieczory skupienia dla bierzmowanych
Poniżej masz tekst trzech konferencji oraz link do pliku (PDF i format edytowalny)
pobierz:
Wieczór 1 – Trzy sita
Zacznę od przytoczenia dwóch historii opowiedzianych mi przez katechetów. Rzeczy wydarzyły się „dawno i nie w naszej diecezji”.
Historia pierwsza wydarzyła się tuż przed rozpoczęciem Mszy Świętej, na której miało być udzielone bierzmowanie. Wiecie jak to wygląda – sukienki, garnitury. Wszyscy wystrzyżeni, wyczesani, wypachnieni. Wszystko przygotowane, za chwilę dzwonki, hukną organy i wyjdzie biskup z asystą.
Nagle z ławki wstaje matka kandydata do bierzmowania i za kołnierz wyciąga z ławki swojego syna, głowę od niej wyższego, i wyprowadza go z kościoła.
Nie będzie bierzmowania, przynajmniej dla niego. Pozwolił sobie, ów synek, w oczekiwaniu na bierzmowanie, na niewybredne komentarze pod adresem księży, Kościoła i samego bierzmowania.
Historia druga. Przygotowania do bierzmowania w dużym mieście. Księża szaleją, by wszystko wypadło jak należy, by biskup, a może arcybiskup, a może nawet kardynał, dokładnie nie wiem kto miał tam bierzmować, był zadowolony.
Zatem ćwiczenie i powtarzanie w nieskończoność, żeby równo, żeby ładnie, jakby po sznureczku. Musztra i musztra, by zabłysnąć przed kościelnym celebrytą. I bądźmy szczerzy poniżanie młodzieży, wyzywanie ich i gnojenie.
I trafiła kosa na kamień. Młodzież umówiła się, że zniosą to wszystko, ale na bierzmowaniu nikt z nich nie podejdzie do bierzmowania. Umówili się, że „wystawią” swoich księży i tak zrobili.
Wszystko szło po sznureczku aż do chwili, gdy mieli podchodzić do biskupa, który już czekał przed ołtarzem z olejem. Nikt nie podszedł. Nie wiem, czy biskup był zadowolony ze swoich księży.
Historie te łączy podobny błąd – zwrócenie uwagi na to, co zewnętrzne, troska o formę, o opakowanie, z jednoczesnym zaniedbaniem tego co w środku, tego, co w sercu, tego co w duszy gra, albo nie gra.
Temu chcę poświęcić te wieczory skupienia, temu, co wam w duszy gra albo temu co jeszcze nie stroi, co daje fałszywą nutę.
Zacznę od tego, że ja tego nie słyszę. Nie mam na to szans, jestem zbyt daleko, zbyt na zewnątrz. Może ktoś bliżej was ma jakąś szansę, ale na dobrą sprawę jest to ukryte nawet przed najbliższymi. Czasem można się z tym zdradzić, jak ów chłopak przed swoją matką, ale łatwo się kamuflować.
I jestem z tym pogodzony. W sumie to nie o to chodzi, bym ja słyszał, co ci w sercu gra. Chodzi o to, byś ty usłyszał głos swego serca.
To co ja mogę zrobić, to jedynie jakoś ci pomóc.
Pozwól zatem, że przesieję każdego z was przez trzy sita. I umówmy się o rzecz następującą. Jeśli przelecisz przez nie, to idź do bierzmowania. Jeśli zostaniesz na jakimś sicie, to, proszę cię, zrezygnuj.
Sita są trzy. Nazywają się „wolność”, „poznanie” i „pragnienie”.
Najpierw wolność.
Wiara to przestrzeń wolności. Bóg chce mieć synów a nie niewolników. Istotą i sensem wiary jest miłość i przyjaźń z Bogiem. W niewoli zaś niemożliwe są takie więzy. Może być posłuszeństwo, może być strach, może być nawet jakiś szacunek, ale nie będzie przyjaźni i miłości.
Twoje bierzmowanie to powinien być twój wolny wybór. Nie dlatego, że kazali ci rodzice, albo nawet nie kazali wprost, ale pokazali, że takie jest ich oczekiwanie.
Nie presja środowiska – koledzy i koleżanki w moim wieku przystępują, to i ja muszę.
Nie jakieś nieokreślone wypadanie, jakaś tradycja. Nie wyrachowanie, bo jest to jeden z warunków, by zostać ojcem czy matką chrzestną, a za chwilę ktoś mnie może o to poprosić, i co ja zrobię.
Wszystko co z zewnątrz pcha cię do przyjęcia bierzmowania masz obowiązek odrzucić. Bo masz obowiązek być człowiekiem wolnym.
Jeszcze raz podkreślam – przyjęcie bierzmowania to musi być twoja własna, osobista decyzja. Nie masz jej – nie przyjmuj, proszę bierzmowania, nie rób z siebie niewolnika. W tak przyjętym bierzmowaniu nie będzie ani chwały Bożej, ani pożytku dla ciebie i dla kogokolwiek.
Kolejne sito to poznanie.
Bierzmowanie to kolejny krok twojej wiary. Wiara nie jest ślepa, jest rozumna, wymaga tego, by wiedzieć w co się wierzy.
Zobacz zatem jak wygląda twoje poznanie Boga, poznanie Jezusa. Zobacz jak wyglądało twoje zaangażowanie, twoje staranie, twoje przygotowanie.
Przyłożyłeś się, czy ślizgałeś się po powierzchni. Byłeś zaangażowany, czy robiłeś wszystko na „odwal”.
Nie chodzi o żadne sprawdziany i egzaminy, bo dobrze wiesz, że tego nie było. Gdy rozmawiałeś ze mną, to inne sprawy bardziej mnie interesowały.
Oceń zatem swoje przygotowanie. Bardzo konkretnie. Oglądałeś katechezy, które ci udostępniano? Czytałeś streszczenia? Wykonywałeś zadania – zarówno te pisemne jak i te polegające na modlitwie? Przeczytałeś Ewangelię Łukasza?
Zrozum, że masz się spotkać z Bogiem. Bierzmowanie to nie jakiś tam obrzęd, ryt, jakieś czary mary. Masz rozum, to go używaj!
Powiem wprost i dosadnie – jeśli okazałeś się zwykłym nieukiem i leniem śmierdzącym, to, proszę cię, nie podchodź do bierzmowania. Nie podchodź, bo twoje nieuctwo to okazanie braku szacunku dla Boga. Pokazałeś, że nie jest On wart twojej fatygi, twojego zainteresowania. Po prostu Go „olałeś”.
Trzecie sito to pragnienie.
Czy ty w ogóle pragniesz Boga? Czy jest w tobie jakaś tęsknota, jakaś myśl za Bogiem? Czy On zajmuje chociaż ułamek twego serca? Ułamek twojego czasu?
Czy On w ogóle jest?
Jeśli nie ma tam nic, jeśli nie ma pragnienia, umiłowania, tęsknoty… to daj sobie spokój z tym całym bierzmowaniem.
Jeśli wszystko zgasło i nawet nie ma pragnienia, by zapaliło się na nowo… po co ci to? Kogo tym uradujesz? Kogo ucieszysz? Daj sobie spokój.
Trzy sita, trzy pytania – o twoją wolność, o twoje poznanie, o twoje pragnienie.
Zobacz, że wcale nie pytam cię o twoją osobistą świętość i doskonałość. Nie pytam, bo nie musisz być idealny. Więcej, powiem ci szczerze, nigdy idealny nie będziesz.
Niektórym wydaje się, że muszą wejść na szczyty doskonałości, by zasłużyć sobie, w dowód uznania, na bierzmowanie.
A jest dokładnie odwrotnie – idziesz do bierzmowania, byś miał w sobie moc wejścia na szczyty.
Bierzmowanie to nie medal za bohaterstwo ale lekarstwo dla słabych.
Musi jednak w tym wszystkim być wiara.
Wiara, że jest Bóg, że ten Bóg przychodzi do człowieka, że możemy się z Nim spotkać, że ten Bóg przychodzi do nas z miłością i mocą.
Coraz mniej tej wiary. To co zostaje to pewne formy, tradycje, przyzwyczajenia, pielęgnowanie jakiegoś sentymentu, jakiś może podświadomy lęk „a może coś tam jest?”
To za mało!
Nie róbmy z Kościoła skansenu i cepelii. Jeszcze bardziej, nie róbmy cyrku.
Kościół jest dla słabych i grzesznych, poranionych i zagubionych. Jednak potrzeba we wszystkim wiary. Choćby ziarnka gorczycy. To wystarczy.
Daleki jestem od traktowania przygotowania do bierzmowania jako toru przeszkód, jako poligonu, gdzie zastawia się na kandydata pułapki.
Twoje życie to twoje życie. Ty podejmujesz decyzje i ty za nie jesteś odpowiedzialny.
Proszę cię tylko – szanuj się. Niech to co robisz będzie prawdziwe i uczciwe.
Chcę dzisiaj podzielić się tylko jednym fragmentem z Pisma Świętego. To słowa Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11,28)
Chciałbym, byś usłyszał to jedno zdanie. Jezus woła, ciebie woła. Zna ciebie, twoje trudności, lęki, niezaspokojone pragnienia. Chce pomóc, podźwignąć, ukoić, uzdrowić. Dać swoją siłę i moc. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11,28)
Czy słyszysz to wołanie Boga?
Wieczór 2 – Odruch wymiotny
W życiu posługujemy się naszymi ludzkimi miarami. Mamy termometr i mówimy zimno, cieplej, ciepło, gorąco. Mamy liczebniki i odliczamy: jeden, dwa, trzy, cztery. Mamy stopniowanie brudny, brudniejszy, najbrudniejszy.
Generalnie na skali naszych miar nie ma zaskoczeń. Jest tyle, jest więcej, jest jeszcze więcej. Jest tyle, zostaje mniej, nie ma nic.
Przydają się nasze miary i spostrzeganie rzeczywistości w naszym życiu codziennym. Zrobimy jednak fatalny błąd, gdy nasze ludzkie miary przyłożymy do spraw Bożych.
Może wyjść z tego takie myślenie: Mamy oto gorliwego katolika, który zawsze jest na niedzielnej Mszy Świętej a często widać go i w dzień powszedni. A oto drugi, któremu w miesiącu zdarzy się z lenistwa opuścić jedną Mszę Świętą. I trzeci, który praktykuje tzw. „kratkę” – raz jest, raz go nie ma. I kolejny, którego częściej nie ma jak jest. I jeszcze inny, którego tylko wielkie dzwony przyciągną na rezurekcję i pasterkę. I jeszcze inny, który potrzebuje pomocy czterech panów z zakładu pogrzebowego, bo ciało w trumnie samo nie wejdzie.
Oceniając owych katolików nie mamy najczęściej wątpliwości, gdy chodzi o tego pierwszego i ostatniego. Zaczynają się schody na środku skali. Czy ten „w kratkę”, to jeszcze do zaakceptowania, czy już „przegiął”. Czy można jeszcze sobie na trochę pozwolić, czy już nie.
Generalnie układamy gorliwość wierzących w kolejności: zimny, ciepły, gorący. Gdy sięgamy do Biblii przekonujemy się, że to błąd. Bóg ma inną miarę.
Badając „co w sercu gra” chcę cię zaprosić do wysłuchania, zrozumienia i przyjęcia fragmentu Apokalipsy.
Gdy słuchając tego, co za chwilę powiem, będziesz miał poczucie, że słyszysz to pierwszy raz w życiu, to bądź pewny, że słabo się przyłożyłeś do przygotowania. Było to bowiem fragmentem twojej osobistej pracy po katechezie ósmej.
Fragment, który chcę ci przypomnieć to kilka wersetów, które stanowią tzw. List do Laodycejczyków. W Apokalipsie, w drugim i trzecim rozdziale, znajduje się siedem listów do Kościołów w różnych miastach Azji Mniejszej. List do Laodycejczyków jest ostatni.
Według pewnej interpretacji listy z Apokalipsy opisują cały Kościół w poszczególnych epokach historycznych. Zatem List do Laodycejczyków byłby listem napisanym przez Boga do współczesnego Kościoła.
Współcześnie Kościół jest adresatem wielu krytyk, zasłużonych i nie zasłużonych. Jednak najgorsze i najbardziej niesprawiedliwe krytyki świata wobec Kościoła bledną wobec krytyki, którą zgłasza pod adresem Kościoła sam Jezus.
Przeczytam cały fragment, by potem dać komentarz do poszczególnych części.
„Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.
Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi.
Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się!
Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Ap 3,14-22)
Najpierw trzeba nam uświadomić sobie kto jest adresatem tego listu. Jest nim Kościół w Laodydei, na czele z biskupem. Słowo „anioł” w tym fragmencie nie oznacza istoty duchowej, ale Bożego posłańca, w tym momencie biskupa, który został posłany, by służyć tej wspólnocie.
Do niego zwraca się sam Jezus, a przez niego do całego Kościoła w Laodycei, a ostatecznie do całego Kościoła powszechnego, do każdego z nas.
Zauważmy dobrze, że Jezus nie mówi tu niczego o ludziach w ogólności, o ateistach, o wyznawcach innych religii. On mówi do tych, którzy uważają się za chrześcijan, do tych, jak mówimy, którzy „chodzą do kościoła”.
Co takiego mówi? „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.” (15-16)
Tu widać zupełnie inną miarę gorliwości. My chętnie byśmy widzieli taką kolejność: zimny, ciepły, gorący. Według takiej kolejności Jezus powinien powiedzieć inaczej: „Znam twoje czyny, że ani gorący, ani nawet letni nie jesteś. Obyś był gorący albo chociaż letni! A tak, skoro jesteś zimny a nie ciepły czy gorący, chcę cię wyrzucić z mych ust.”
Jednak Jezus powiedział to co powiedział: „obyś był zimy albo gorący”. Jezus powiedział to co powiedział: „chciałbym, byś był gorący albo zimny”. Jezus powiedział to co powiedział: „jesteś letni a przez to obrzydliwy i chcę cię wyrzucić z mych ust”.
Zatem miara Jezusa to nie: „gorący, ciepły, zimny”, ale „gorący, zimny, ciepły”. Lepiej być zimnym niż ciepłym, letnim, nijakim, ani takim, ani takim. Oczywiście najlepiej być gorącym.
Są słowa, które uważane są za wulgarne albo niesmaczne. Nie powinno się ich używać w kościele. Co jednak mamy począć, gdy takie słowa są Piśmie Świętym?
Ratujemy się tłumaczeniem „na okrętkę”, takim tłumaczeniem, by „nie skłamać i prawdy nie powiedzieć”.
Słyszeliśmy, że Jezus letnich katolików z Laodycei chce wyrzucić z ust. Czy jednak rzeczywiście o takie słowo chodzi?
Zaglądając do różnych tłumaczeń, znajdujemy różne słowa:
„A tak iżeś letni, ani zimny, ani gorący mam cię wyblunąć z ust moich.” [Biblia nieświeska]
„Ale żeś letni, a ani gorący, ani zimny, pocznę cię wypluwać z moich ust.” [Przekład Eugeniusza Dąbrowskiego NT]
„A ponieważ jesteś letni a więc ani gorący, ani chłodny zamierzam cię zwymiotować z moich ust.” [Nowa Biblia Gdańska]
Gdy sięgamy zaś po przekład interlinearny – bardzo dosłowny – zostajemy już bez złudzeń. Czytamy tam o „wyrzyganiu”.
Tym samym fragment ten staje się najostrzejszą krytyką Kościoła jaką można wymyślić. Oto sam założyciel Kościoła, sam Jezus, patrząc jaki ten Kościół jest, mówi, że „rzygać mu się chce”.
Jak trudno po tym powiedzieć „oto słowo Boże”, ale to właśnie jest słowo Boże. Trudne bardzo, chłoszczące, obnażające, ale prawdziwe.
Co budzi ten odruch wymiotny? Ten odruch budzi letniość kościoła, jego nijakość, bylejakość, nieokreśloność, niezdecydowanie. Kościół nijaki, ani taki, ani taki.
Oby był taki albo taki, zimny albo gorący, a jest nijaki, ciepłe kluchy, pomidorowa z rozmiękłych ryżem, co godzinę stał w talerzu.
Jezus dalej przedstawia diagnozę Kościoła, opisuje ten Kościół. Mówi: „Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi.” (17)
To opis pychy. Istotą chrześcijaństwa jest widzenie swojej nędzy i wołanie o ratunek. Ten jednak Kościół uznaje, że niczego nie potrzebuje.
Oczywiście dalej pozostaje nędzą, ale on po prostu tego nie widzi. Cieszy się doskonale dobrym samopoczuciem.
Stąd pytanie: jak się czujesz, przyjacielu? Jak się czujesz patrząc na siebie, widząc siebie? Czy widzisz jak jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi?
Czy patrząc na siebie widzisz grzesznika? Biednego grzesznika, który przegrywa życie i tonie?
A może, nie daj Boże, wygrywa w tobie pycha, która zasłani ci oczy i szepcze do ucha – jesteś wspaniały, jesteś cudowny, niczego ci nie potrzeba. Żaden Jezus nie jest ci potrzebny, chyba tylko do patrzenia na ciebie i cmokania z zachwytu.
Gdy Jezus to wszystko mówi, to nie chce potępiać, ale wzywa do nawrócenia. Wzywa do uznania swojej słabości i grzeszności, do uznania w Jezusie Zbawiciela: „Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się!” (18-19)
Potem następują słowa, które należą do najbardziej popularnych słów z Biblii: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.” (20)
Jezus puka do drzwi. Piękny jest ten obraz Jezusa, który delikatnie, z czułością wręcz, okazuje, że chce przyjść do człowieka.
On kołacze, puka, On nie wali pięściami ani kolbą karabinu.
Jednak ten werset przejmuje grozą, gdy uświadomimy sobie co to za drzwi. To są drzwi Kościoła! Zatem może być taka sytuacja, że w jakimś kościele nie ma Jezusa. Więcej nawet, ten Jezus chce wejść do kościoła a nie bardzo mu dają. Puka i chce wejść do kościoła a tam nie bardzo go chcą! Nie ma dla Niego miejsca.
Oby nie dotyczyło to naszego bierzmowania.
Oczywiście rozumiecie o jakie drzwi się tu rozchodzi. To nie są deski, okucia i klamki. Drzwi to obraz twojej woli, twoich pragnień. Jesteś zamknięty na Jezusa albo otwarty. Masz otwarte serce albo zamknięte, opancerzone.
Dlatego usłysz te słowa jako skierowane osobiście do siebie: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.”
Posłuchaj co ci w sercu gra. Posłuchaj, czy słyszysz pukanie.
Wieczór 3 – Jesteś zbyt lekki
Wyobrażamy sobie czasem, że ludzkie wejście do nieba polegać będzie na pewnym bilansie. Dostępne będą rzetelne zestawienia wszystkich dobrych uczynków i wszystkich grzechów, na podstawie których dokona się kwalifikacja człowieka na wieczne potępienie lub wieczne szczęście w niebie.
Obrazem takiej koncepcji, z góry powiedzmy, że kompletnie błędnej, jest waga. Tej wadze chcę poświęcić to ostatnie kazanie, próbując ostatni raz skłonić twe ucho, byś usłyszał, co ci w sercu gra.
W pacierzu mówimy o Bogu, który wyprowadza z „ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Przez to ta właśnie niewola Żydów jest nam bardziej znana. Pamiętajmy jednak o innej niewoli, późniejszej, którą nazywamy niewolą babilońską.
Król Nabuchodonozor zdobył i spalił Jerozolimę. Spalił świątynię, wcześniej zagrabiając jej skarby, a lud uprowadził do Babilonu.
Synem Nabuchodonozora był Baltazar. O wystawnej uczcie, pełnej przepychu, mówimy „uczta Baltazara”. To od tego właśnie Baltazara powiedzenie to pochodzi.
Ów Baltazar urządził wielką ucztę dla tysiąca babilońskich VIP-ów. Gdy król i goście dobrze sobie popili, król rozkazał, by przyniesiono naczynia ze świątyni jerozolimskiej, by służyły biesiadnikom w dalszej libacji.
Wtedy na ścianie królewskiego pałacu ręka zaczęła pisać tajemne słowa. Mimo, że nie można było odczytać tego pisma, króla ogarnęło przerażenie. Jak się okazało, zupełnie słusznie.
Napis odczytał prorok Daniel, jeden z uprowadzonych z Jerozolimy.
Te słowa to „mane, tekel, fares” a znaczą: „policzono cię, zważono i okazałeś się zbyt lekki, podzielono to, co miałeś, nadszedł kres twego panowania”.
I to był koniec wielkiego króla Baltazara.
Opowiadam tę biblijną historię, bo ma ona bezpośrednie przełożenie na każdego z nas. Każdy z nas jest przeliczony, każdy z nas już jest zważony, każdy okazuje się zbyt lekki i każdy zbliża się do swego kresu.
Wygląda to wszystko na beznadziejną sytuację. Jest w tym jednak jedno rozwiązanie.
Polega ono na tym, by chwycić się kogoś odpowiednio ciężkiego. Mówiąc inaczej i wprost – dobrze jest, gdy będą cię ważyć, być na tej wadze z Jezusem.
Jeśli wydaje ci się, że jesteś wystarczająco dobry i sprawny, by nazbierać w życiu mnóstwo dobrych uczynków, by zapłacić nimi za swoje zbawienie, to muszę cię rozczarować – tak, masz rację WYDAJE ci się.
Niebo kosztuje drożej. Niebo kosztuje krew Jezusa. Nigdy nie zbierzesz tyle, by zasłużyć sobie na niebo. Ciągle będzie za mało. Ciągle okazywać się będzie, żeś zbyt lekki.
Inaczej jest, gdy będziesz z Jezusem. Gdy będziesz z Nim razem, gdy będziesz jedno. On będzie z tobą razem, na szali wagi. On będzie „płacił” za niebo. Wstępem do twojego wiecznego szczęścia będzie Jego śmierć na krzyżu.
I na tym polega chrześcijaństwo – na więzi, bliskości, zjednoczeniu z Jezusem.
Chrześcijaństwo to nie jest zbiór przepisów, zbiór jakiś zasad, obrzędów, w których się uczestniczy.
Chrześcijaństwo to twoja przyjaźń i miłość z Jezusem. Reszta to tylko rezultat, owoc tej przyjaźni i tej miłości.
Bez przyjaźni i miłości wszelkie twoje pobożne gesty, słowa i zachowania, nie mają sensu, pozbawione są znaczenia, nie są nic warte.
Bez przyjaźni i miłości Jezusa chrześcijaństwo staje się wydmuszką. Niby jajko, ale puste to w środku.
To co powiedziałem bardzo konkretnie przekłada się na spowiedź.
Bardzo płytka i nijaka jest spowiedź, w której oskarżasz się o przekraczanie przepisów. Jednocześnie nie zauważasz grzechu największego, najbardziej istotnego. Nie zauważasz, że po prostu żyjesz bez Boga, obywasz się bez Niego, że On praktycznie w twoim życiu nie istnieje.
Nie chodzi mi o twoje deklaracje, ale praktykę. Jeśli całymi dniami obywasz się bez modlitwy albo ta modlitwa jest tak rytualna, tak pośpieszna i tak wyzuta z wszelkiej świadomości, że przestaje być cokolwiek warta, to żyjesz bez Boga.
Jeśli całymi tygodniami i miesiącami obywasz się bez niedzielnej Mszy Świętej, i dobrze ci z tym, to praktycznie żyjesz bez Boga.
Jeśli latami, a myślę, że są takie przypadki wśród was, nie przyjmowałeś Komunii, to praktycznie żyjesz bez Boga.
Jeśli latami nie otwierałeś Pisma Świętego, nie mówię o pracach domowych, ale o twoim pragnieniu i spontanicznym działaniu, to praktycznie żyjesz bez Boga.
Jeśli On jest nieobecny w twoich myślach, w twoich decyzjach, to praktycznie żyjesz bez Boga.
I może się zdarzyć, że pójdziesz do spowiedzi i tam też nie będzie śladu Boga. Złamałem ten przepis, zapomniałem o tym przepisie, przekroczyłem trzy razy jeszcze inny przepis. Więcej przepisów nie pamiętam.
Możesz spowiadać się z zapomnienia przepisów, a tymczasem po prostu zapomniałeś Boga.
Można przyjść do kościoła i minąć się z Bogiem.
Można klęknąć w konfesjonale i minąć się z Bogiem.
Można przeżyć bierzmowanie i nie spotkać Boga.
I można tak przez całe życie. Do śmierci i po śmierci.
A można też przeżyć spotkanie. Można Boga spotkać i doświadczyć.
Nie wiem kto z was i na ile przeżył zakochanie. Jeśli doświadczyłeś tego, to wiedz, że tego samego można doświadczać wobec Boga.
Bóg zakochał się w człowieku.
Pragnie, by człowiek zakochał się w Bogu.
Mówi w słowie Bożym: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń.” (Oz 6,6)
***
Pomyśl, co ci w duszy gra?

Szkoła zycia z Bogiem – przygotowanie do bierzmowania
KLIKNIJ: https://fundacjanaszawinnica.pl/pl/c/Przygotowanie-do-bierzmowania/16

