Opublikowano 17 komentarzy

Ojciec mój

1 Niedziela Wielkiego Postu, C; (Pwt 26, 4-10); (Ps 91 (90), 1-2. 10-11. 12-13. 14-15); (Rz 10, 8-13); (Mt 4, 4b); (Łk 4, 1-13); Winnica 10 marca 2019.

Kazanie dostępne także w wersji mp3:

Bezpośredni link do pobrania tutaj:

Podzielę się z wami jednym wydarzeniem, które otworzyło mi oczy i przyniosło zrozumienie tego, co jest wielkim, ogromnym, zasadniczym problemem Kościoła w Polsce.

Jest to problem na miarę przecięcia żył w nadgarstku z jednoczesnym zanurzeniem się w ciepłej kąpieli. Nikt z nas tego nie przerabiał, bo żyjemy wszyscy, ale ten sposób pozwala, podobno, bezboleśnie się wykrwawić. Nic nie boli, krew płynie a na końcu śmierć.

Wydarzenie, o którym chcę opowiedzieć, miało miejsce kilkanaście lat temu. Spytałem pewną kobietę, matkę wychowującą samotnie swojego syna, jaka jest najważniejsza korzyść z katechezy w szkole.

Warto dodać, że ów syn przez dwa lata doświadczył katechezy w salkach parafialnych a potem miał już katechezę w szkole. Zatem, dla matki, było to doświadczenie jednego i drugiego sposobu katechizacji jej dziecka.

Gdy zadałem to pytanie „jaka jest najważniejsza korzyść z katechezy w szkole”, owa kobieta pomyślała chwilę i powiedziała tak: „Największą zaletą katechezy w szkole jest to, że nie muszę się martwić o to, żeby Robert (jej syn), był na katechezie.”

Jednak po chwili odwołała zdecydowanie to co powiedziała: „Nie! To, że JA NIE MUSZĘ SIĘ MARTWIĆ, by Robert był na katechezie, to największa wada i problem katechezy w szkole.

Zechciejmy to dobrze zrozumieć: „Nie muszę się martwić!”

Przyznajmy obiektywnie, że to jest naprawdę wygodne. Rodzic naprawdę nie musi się martwić o nic. Podpisze na początku szkoły jakąś deklarację i… wszystko. Będzie katecheza, będzie w szkole, będzie ciepło, katecheta będzie miał zapłacone, będzie bezpiecznie.

Jest tylko jedno „ale”.

Taka sytuacja prowadzi często, nie zawsze, ale naprawdę często, do tego, że rodzice przestają się martwić o katechezę swojego dziecka. Przestają się nią interesować.

A powinni się martwić! Powinna to być ich troska, zainteresowanie i odpowiedzialność. Powinno to być dla nich ważne.

Powinno a przestaje. Ktoś inny ich wyręczył i zajął się tym.

To nie o katechezę w szkole się rozchodzi, ale o głębszy problem odpowiedzialności rodziców za chrześcijańskie wychowanie swoich dzieci.

Spójrzmy na rekolekcje. Cudowna sprawa, że można je organizować w ramach szkoły. Kościół wypełniony dziećmi.

Jest tylko jedno „ale”. Uczymy rodziców, że nie muszą się martwić o rekolekcje swoich dzieci. I rodzice są pojętni, i już nauczyli się nie martwić o rekolekcje.

Prowadziłem w życiu trochę parafialnych rekolekcji. Czasem są w takim układzie, że to niedziela kończy rekolekcje. Mamy zatem szkolny piątek, czasem też czwartek, jak u nas, i sobotę bez szkoły.

W piątek, bywa tak, dzieci podzielone są na dwie grupy, bo kościół ich nie mieści. W sobotę zaś jest jedna grupa i kościół świeci pustkami.

Co się stało? Rodzice przestali się martwić!

To nie boli, ale Kościół ma podcięte żyły, krwawi i umiera.

W piątek mieliśmy pierwszą w tym Wielkim Poście drogę krzyżową. Od lat mamy drogę krzyżową o 15.00 dla dzieci i o 16.30 dla wszystkich.

O 15.00 komisyjnie, biorąc na świadków dorosłych, policzyliśmy dzieci w kościele. Było ich dwadzieścia dwoje, w tym zastęp harcerek.

W szkole mamy 325 dzieci. W przedszkolu 125 dzieci.

Co się stało?

Nic się nie stało! Po prostu rodzice przestali się martwić. Nie jest to ważne, nie zajmuje to myślenia, nie jest problemem.

Podobnie niedzielna Msza Święta. Wiecie, że robię na koniec krzyżyki dzieciom? Nie tylko szkolnym, nie tylko przedszkolakom, także tym w wózkach, na rękach.

Czasem liczę te krzyżyki. Rzadko dobija do setki. Gdzie pozostałe czterysta?

Rodzice przestali się martwić!

Teraz chwila osobistych wspomnień.

Moi rodzice się martwili, w niedzielę zawsze szliśmy do kościoła. W Wielkim Poście zawsze przypomnieli i dopilnowali, byśmy byli na drodze krzyżowej. I chodziłem na tę drogę.

Śpiewaliśmy to, co śpiewamy i teraz w winnickim kościele – proste, ktoś powie, że grafomańskie teksty: „Nieść krzyż pomaga Szymon z Cyreny, jak by Ci ulżyć, Jezu nie wiemy: Kiedy pomogę innym w potrzebie, przyjmij to, Jezu, jakby dla Ciebie.” „Już się poprawię, źle robić nie chcę, by Twoje Jezu pocieszyć serce.” „Więc obiecuję, Jezu mój Tobie, że już nikomu krzywdy nie zrobię.” „Kiedy tak cierpisz, Jezu kochany, całuję Twoje najświętsze rany.”

Chodziłem od stacji do stacji i śpiewałem. I są te słowa ze mną dalej, gdy minęło pięćdziesiąt lat. I dalej wiem, że trzeba pomagać w potrzebie, wiem, że trzeba pocieszać, wiem, że nie można czynić krzywdy, wiem, że Jezus jest kochany i cierpiał za mnie.

Wiem, bo chodziłem i śpiewałem.

Wiem, bo moi rodzice troszczyli się o to, pamiętali i uczyli co jest ważne.

Dzisiaj wielu, bardzo wielu, zbyt wielu rodziców przestało się martwić.

Szkoda mi tych dzieci.

Szkoda mi tych rodziców.

Szkoda mi tych rodziców. Kiedyś się przecież zestarzeją. Smutny będzie ich los, gdy zostaną na łasce swoich dzieci, które nie będą miały Boga w sercu.

Mówisz, że te dzieci oddadzą niepotrzebnych rodziców do domu starców? Nie żartuj, proszę, taki dom kosztuje. Zastrzyk z fenolu albo jakiś bardziej elegancki sposób eutanazji. To zdecydowanie tańsza opcja.

Że nie ma takiego prawa w Polsce? Dzisiaj nie, jutro będzie, dlaczego miałoby nie być? Przegłosują w parlamencie i opublikują w Dzienniku Ustaw! To logiczna konsekwencja tego, co dzieje się dzisiaj.

Śmierć będziesz miał elegancką, jeszcze bardziej elegancki pogrzeb i ani jednej zamówionej Mszy Świętej, i ani jednej odmówionej „zdrowaśki” przez dzieci.

Aha! Grób też będziesz miał elegancki. Taki, by nie przychodzić za często.

Więc może warto zacząć się martwić?

Nie w trosce o swoją starość, ale w trosce o swoje dziecko, by nauczyć je żyć, nauczyć zasad, pokazać co jest dobre a co złe, co szlachetne a co podłe.

Nikt tego nie zrobi za rodziców i nikt nie zrobi lepiej od rodziców.

Szkoła, Kościół, różne organizacje, mogą być pomocne, ale nie zastąpią rodziców.

Nie zastąpią, bo rzecz się rozchodzi o autorytet. To rodzice mają nieporównywalnie większy autorytet dla dziecka niż nauczyciel, ksiądz, jakikolwiek wychowawca.

Dziecko nieustannie jest bombardowane rozmaitymi światopoglądami, filozofiami, ideologiami, zasadami, stylami życia. Nie twierdzę, że będzie zupełnie odporne na to, ale przykład ojca i matki jest jasnym drogowskazem.

Określone rzeczy są przez rodziców wzmacniane a inne unieważniane.

Czasem dzieci, w ramach szkoły, idą na cmentarz, porządkują tam zaniedbane groby. Super, piękna sprawa. Spójrzmy jednak teraz na Jasia, który często z rodzicami idzie na cmentarz, sprzątają razem, modlą się. Sprzątną swój grób i ten zaniedbany obok.

I spójrzmy na Małgosię, która idzie na cmentarz tylko raz w roku i słucha dorosłych, którzy stoją przy grobie, gadają o pierdołach, obgadują kogo się da i palą papierosy. Jaś i Małgosia chodzą do jednej klasy, ich wychowawczyni uczy ich tego samego. Powiedzmy sobie szczerze, które dziecko ma większą szansę odrobić dobrze tę lekcję?

Karol i Karolina chodzą do tej samej przedszkolnej grupy. Katechetka mówi im jak ważna jest osobista, codzienna modlitwa, jak ważna jest niedzielna Msza Święta.

Karol widzi w domu, jak modlą się jego rodzice. Karol modli się z rodzicami. Karol, z całą rodziną idzie w niedzielę do kościoła.

Karolina w swoim domu widzi wszystko, ale nie to, by wiara była czymś ważnym. Rodzice Karoliny unieważniają wszystko co powie jakakolwiek katechetka, jakikolwiek ksiądz, jakikolwiek papież.

Które dziecko ma większą szansę w swoim życiu spotkać Boga? Karol czy Karolina?

W pierwszym czytaniu słyszeliśmy jak Mojżesz uczył lud składania ofiar z pierwocin. Przychodził żyd z ofiarą i swoją modlitwę zaczynał od słów: „Ojciec mój”. (por. Pwt 26,5) Wspominał przeszłe dzieje i mówił: „Ojciec mój”.

Jego syn będzie przychodził znowu i będzie mówił „ojciec mój”. Syn syna także będzie mówił „ojciec mój”. Z pokolenia na pokolenie.

Nie twierdzę, że wiara jest niemożliwa poza rodziną. Twierdzę jedynie i aż, że rodzice pomagają niesamowicie dziecku albo ścielą kłody pod jego nogi.

Rodzice, proszę was, obudźcie się. Niezmiennie i uparcie twierdzicie, że wasze dzieci są waszym największym skarbem.

Zacznijcie się martwić o wychowanie ich w wierze. To wy wychowujecie. Troszczcie się o ten skarb.

Posłużmy się takim obrazem. Oto rodzice wyposażają dziecko na wyprawę. Dają mu odpowiedni strój, buty, plecak, wyposażenie, żywność. Wszystko w najlepszym gatunku, niezawodne i wytrzymałe. Zapominają tylko o jednym – zapominają o tym, by powiedzieć dziecku dokąd ma iść i nie dają mu kompasu.

Nie chodzi o to, by wasze dziecko po prostu żyło. Chodzi o to, by wiedziało jak żyć, po co żyć! Chodzi o to, by miało kierunek i kompas.

Kościół ma podcięte żyły, krwawi i umiera.

Tak, mamy obietnicę Boga, że bramy piekielne Go nie przemogą (por. Mt 16,18), ale obietnica dotyczy Kościoła jako całości. Idą czasy, już są, że ogromne tereny naszego kraju będą pustynią bez Boga.

Zostanie tylko to, co już widzimy, wścieklizna i rzucanie się sobie do gardeł.

W najbliższy piątek, o godz. 15.00 będzie droga krzyżowa. Kościół wypełni się dziećmi? Chciałbym bardzo, ale nie sądzę, że tak będzie. Gra idzie o to, by ocalić choć kilka rodzin.

Za tydzień będzie, jak co tydzień, Msza Święta o 11.00. Czy dzieci się zmieszczą? Zmieszczą i będzie jeszcze miejsce. Choć liczę bardzo, że ktoś pojmie i zrozumie, co mówię i będzie nas trochę więcej.

Rekolekcje, tak się złożyło, zaczną się w pierwszy dzień wiosny. Dla naszej szkoły to dzień wolny. Wyznaczyłem zatem rekolekcyjne spotkanie w sobotę o 11.00. Szkoła nie przyprowadzi wtedy dzieci, nie zajmą się tym nauczyciele. Przyjdą te dzieci, których przyprowadzą, przywiozą rodzice. Ile tych dzieci będzie? Zobaczymy, ale nie spodziewam się tłumów.

Kościół ma podcięte żyły, krwawi i umiera.

Dla jednych to radość i nadzieja na szybki pogrzeb Kościoła.

Dla innych może niepokój i trwoga, bo Kościół to my, każdy wierzący i każda rodzina. Gdy Kościół krwawi, to każdy z nas krwawi.

Jeśli cię to obchodzi, jeśli tym się martwisz, to możesz podwiązać przecięte żyły.

Bóg w sercu! Twoim i twojego dziecka!


17 komentarzy do “Ojciec mój

  1. Daje to do myślenia. Faktycznie, u tylu rodziców dominuje przekonanie, że ktoś powinien ich wyręczyć w wychowywaniu dziecka, zresztą to dotyczy i katechezy, i ogólnie całości procesu wychowania.

  2. Dziekuje za genialne kazanie.

  3. Znaki czasu. Kościół zmienia się i potrzebuje w tej zmianie ludzi świeckich. Świat osacza nas, bombarduje tym, o czym ksiądz w kazaniu napisał. Dlatego trzeba pozwolić Duchowi Świętemu działać jak On chce. Być może do ludzi już nie trafiają argumenty księży, kolejne rekolekcje, nabożeństwa prowadzone przez księży. Bo kościół przestał być autorytetem, jest „przecież” zacofany i niemodny. to ludzie świeccy, ci, którzy się ostali i są blisko boga, a nie jest ich mało, mogą mieć wpływ na to, by swoim przykładem przyciągnąć tych, którzy odeszli, w tym także rodziców dzieci. Rodzice muszą przyciągać rodziców do wartości bezcennej wiary i Kościoła. Jeśli będą rodzice, będą i dzieci w kościele. Młodzi, muszą przyciągać młodych, pokazywać, że można być szczęśliwym i normalnym z Bogiem.
    W tym rozwiązaniu są jednak dwa problemy.
    1. Po pierwsze niejednokrotnie świeckim trudno się przebić przez opór proboszcza, biskupa, którym trudno jest oddać sprawy nawracania i ewangelizacji świeckim, i jeszcze wspomóc ich, bo niestety żaden świecki nie odprawi Eucharystii, źródła naszej wiary
    2. Zniechęceni świeccy, często nie chcą kolejny raz się przebijać

    Trzeba też budzić parafie. Parafia to już nie tylko wyjście na mszę, czy na nabożeństwo, ale miejsce spotkania żywego Boga na Eucharystii, ale też w ludziach. Parafianie muszą nauczyć się być nieanonimowi dla siebie. Trzeba tworzyć środowiska wiary. Wspólnoty wszelkie muszą działać w obszarze parafii i dla parafian.
    To trudne zadanie przed jakim stoi dziś Kościół, czyli my wspólnota ludzi.
    Ludziom trzeba głosić proste prawdy wiary, głosić Dobrą Nowinę o miłości. Ale to głoszenie musi być poparte świadectwem ludzi, żywych i prawdziwych.
    Jeśli parafie będą przebudzone to będą w nich i dorośli i dzieci i młodzież i młodzi i starsi. Trzeba sprawić by chcieli być.
    ale wymaga to sporego zaangażowania z obu stron.

    Pozdrawiam w pola walki o mój Kościół umiłowany!

    1. Zwycięstwo, gdy przyjdzie, przyjdzie przez Maryję… i innych świeckich.

    2. W przyszłym Wielkim Poście mam głosić rekolekcje w Gliwicach: http://matkakosciola.gliwice.pl/
      🙂

      1. Zapewne Nasza wspólnota się zjawi, jesteśmy zaprzyjaźnieni ze Wspólnotą z tej parafii

    3. Piekne kazanie daje do myslenia…Jestem mama 4 ki dzieci i mam nad czym pracowac caly czas:)

  4. Szczęść Boże,
    rozumiem, że powinno się uczęszczać na jak największą ilość spotkań z Panem, ale proszę księdza chyba nie powinno chodzić o uczęszczanie na Msze Św. ale przychodzenie do Jezusa, bo to jest spotkanie z NIM.
    Teraz chwila z moich osobistych wspomnień.
    Chodziłam co niedziela na Msze Św., zaliczałam drogi krzyżowe, majówki i wszystkie inne święta jako dziecko. I tak jak właśnie piszę „zaliczałam”. Nie miałam, jako dziecko, żadnej relacji z Bogiem. Chodziłam do kościoła bo tak zostałam wychowana. I teraz też tak wiele osób chodzi. Chodzą do kościoła, nie do Boga. Mają religię nie wiarę. Nawróciłam się – czytaj: pokochałam Boga dopiero 4 lata temu. Dlatego nie dziwię się, że jest jak jest w Kościele. Kiedyś były inne czasy, wiara była fundamentem w rodzinie, dzieci się słuchały rodziców, nawet jak rodzice byli daleko od Boga. Czasy się zmieniły, dzieci widzą, że do kościoła się „chodzi”, więc nie chcą tego. Nie mając uczucia do Boga, nie będą Mu poświęcać czasu, a czas w dzisiejszym świecie jest cenny. W obecnym czasie, dzieci widząc jak źle jest na świecie, nie widzą potrzeby brania odpowiedzialności. A wiara niestety wymaga nie tylko wzięcia odpowiedzialności, lecz także, odwrócenie się od złego. A zło dziś jest „niewidoczne”, bo przecież przeklinanie jest na porządku dziennym, picie alkoholu bez ograniczeń, branie małych rzeczy z pracy do domu, a to przecież czysta kradzież, tylko takie rzeczy dziś się rozmywają- bo większość tak robi. Nie potrafimy wziąć odpowiedzialności, bo tak łatwiej, po co się trudzić, lepiej iść z prądem, jak wszyscy. A wiara wymaga ofiar, trzeba się poświęcić, czegoś komuś odmówić, jeśli coś jest grzechem, bo to że większość to robi, nie znaczy, że przestało nie być grzechem. Dlatego potrzeba wielkiej miłości do Boga, aby się przeciwstawić i iść pod prąd.
    Nie jest więc problemem, że nie ma kto chodzić do kościoła, problemem jest, że coraz mniej wiary jest w naszych rodzinach. Wiary, która pokazuje miłość do Boga. Bo jeśli się Boga kocha, to pędzi się do Niego jak do najlepszego Przyjaciela, z którym się nie chce rozstawać. Gorącej miłości do Boga wszystkim życzę, bo wtedy życie, nawet jak jest pełne cierpień, z Nim jest łatwiejsze.
    Beata

  5. Bardzo dobre, i mądre. Niechaj będzie motywacją, żeby mimo wszystko, wbrew beznadziei, mieć nadzieję.

  6. Czasem mam wrażenie, że RODZICE, to najbardziej zaniedbany target Kościoła….

  7. Przepraszam za błędy w moim tekście; to, jak zwykle z przyczyn technicznych telefonu

  8. Nic na siłę. Potrzebne jest własne świadectwo wiary i miłości Boga i bliźniego. Ukazywanie wartości wiary, Eucharystii, innych sakramentów, osobistej rozmowy z Bogiem na wszystkie tematy, pozytywne przykłady w homiliach.
    Gdzie się stosuje siłę, tam często rodzi się bunt. Gdy dziecko widzi modlących się rodziców, uczestniczących w liturgii itd, to po jakimś czasie zauważa, że to jest ważne dla rodziców i samo chce ich naśladować. A tu znowu warto zauważyć, że wiara i jej praktykowanie, to łaska od Boga, o którą rodzice powinni dla swoich dzieci prosić Boga, i to nieustannie, aż do śmierci, bo wiara czasem jest, czasem zanika, niekiedy powraca. Warto żyć słowami Biblić, zauważać w swoim życiu miłość, którą Bóg co dzień nas obdarza. Czasem minie wiele dziesiątek lat, nim człowiek to dostrzeże.
    Nie ma co się załamywać, ale czyniąc dobro, mieć nadzieję, że ono pociągnie innych. Pięknym przykładem w tym aspekcie jest patron proboszczów – św. Jan Maria Vianney. Przydzielono Go do parafii, gdzie było chyba troje wierzących, reszta żyła w grzechach, jakby Boga nie było, ale mimo trudności, własnym przykładem tak ludzi przyciągnął do kościoła, że Ars we Francji stało się słynne na całą Euktór i ludzie licznie tam przybywali. Warto poznać życiorys tego Świętego. Dla mnie cenny.
    Wszystkim wychowującym życzę umiłowania Ducha Świętego i Jego ŚWIATŁA, aby wiara nigdy nie ustała, lecz się rozwijała.
    Bóg zapłać za kazanie.

  9. …podzielam BÓL Marzeny, jestem matką czwórki dorosłych dzieci, które wychowywaliśmy z mężem najlepiej jak umieliśmy. Codzienna wieczorna wspólna modlitwa, co tydzień wspólna msza i razem Komunia, coroczne rekolekcje rodzinne, potem już same jeździły na oazy (przeszły pełną formację oazową). Teraz starsze pracują, młodsze jeszcze studiują – ale wszystkie po kolei odchodziły od wiary, od wartości w których wychowywaliśmy i od Kościoła… związały się z niewierzącymi, nie chcą ślubów (z jednym wyjątkiem), nie chcą dzieci…!!! BÓL, BÓL, BÓL, BÓL… x 4 i jeszcze do potęgi i wciąż rośnie – niemal wykładniczo, kiedy patrzymy z mężem na Ich wybory… (jedynie tylko tyle, że w przeciwieństwie do Marzeny, nie zarzucają nam, że to przez nadmiar i przesyt, a wręcz czasem „współczują”, że pomimo naszych starań, żadne nie podziela naszego światopoglądu).

    …ale mimo tego BÓLU, zgadzam się z powyższym kazaniem – nikt nie zwolni rodziców od odpowiedzialności i mądrego wychowania – ale też nikt im nie obieca, na jakie efekty będą patrzeć, czego dożyją, a czego nie doczekają tu na ziemi (parafrazując: WYCHOWUJ TAK, JAKBY WSZYSTKO ZALEŻAŁO OD CIEBIE, A MÓDL SIĘ TAK, JAKBY WSZYSTKO ZALEŻAŁO OD BOGA)

  10. Ostatnie zdanie, wezwanie, błogosławieństwo wydaje mi się kluczem, do tematu wychowania dziecka w wierze. Kim dla mnie jest Jezus? Czym lub kim dla mnie jest Kościół? To są pytania, na które odpowiedzi, będą kształtowały nas samych , a wyniku tego nasze dzieci. Jeśli Jezus będzie mi Bogiem, Zbawcą, Przyjacielem – pragnąć będę by i moje dzieci Go poznały.. Wystarczy, że będę im świadczył o tym moim życiem… więc i interesował się ich katechezą by mieć pewność, że dobrze Go znają i rozumieją.
    Będę z nimi szukał odpowiedzi na ich pytania.
    Będę się z nimi i za nie modlił.
    Będę je kochał, więc będę dawał im swój czas.
    Resztę zostawię w zaufaniu w Jego rękach.

    Bóg zapłać za to kazanie – niech budzi serca nam – rodzicom!

  11. Szczęść Boże!
    Rozumiem doskonale to wszystko, ale……. nie zawsze to jest takie proste. Serce mnie boli i krwawi za każdym razem gdy słyszę ” jakie dziecko sobie wychowaliście i w jakiej wierze – takie macie”. Jestem matką, która samotnie wychowywała dziecko od 5 roku życia, obecnie syn dobiega 30-tki. Od najmłodszych lat starała się go wychować jak najlepiej umiałam…. katechezy, wspólne czytanie biblii dla dzieci, rekolekcje dla dzieci i drogi krzyżowe. Jako małe dziecko był zapał, im dalej ….tym było gorzej. Do sakramentu bierzmowania przystąpił już trochę ” na siłę” i zerwał z ….. Panem Bogiem. Gdy kiedyś zapytałam o dlaczego tak jest, odpowiedział, że to moja wina, bo…… stale ” za często i na siłę ” zmuszałam go do kościoła.
    Więc proszę…..nie uogólniajmy…..bo proszę mi wierzyć, że czasami sprawia to ogromny ból.
    Marzena

    1. „jakie dziecko sobie wychowaliście i w jakiej wierze – takie macie”
      Nigdy i w żadnych okolicznościach nie można tak mówić. To jest sąd a my ani nie jesteśmy powołani do sądzenia ani nie mamy wglądu w „akta sprawy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *