Opublikowano Dodaj komentarz

Nikt nie ma większej miłości

Propozycja kazania kerygmatycznego na drugie wspólne spotkanie w kościele, w ramach programu “Z mamą i tatą do Pierwszej Komunii”.

Zacznijmy od wersetu z Ewangelii Jana. Jezus powiedział: “Nikt nie ma większej miłości od tej gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. (J 15,3)

Chciałbym wam opowiedzieć historię dziewczynki, która nazywała się Laura Vicuna.

Żyła dość dawno, bo ponad 100 lat temu, i dość daleko, bo w Ameryce Południowej, w Chile a potem w Argentynie. Gdybyśmy wzięli globus do ręki, znaleźli Polskę, to Chile byłoby po drugiej stronie kuli ziemskiej.

Gdy Laura miała kilka lat zmarł jej ojciec. Mama została sama z Laurą i jeszcze drugą swoją córką, Julią. To były trudne czasy dla tego kraju, dla Chile, dlatego rodzina udała się na emigrację do sąsiedniego kraju, przez Andy, do Argentyny.

I tam zaczął się dramat tej rodziny. Dramat mamy, ale też dramat, który mocno przeżywała Laura. Mama Laury, wdowa, związała się z pewnym mężczyzną. Prawdopodobnie chciała, żeby ten mężczyzna był dla niej kochającym i czułym mężem, dla Laury i Julii dobrym opiekunem i ojcem.

Chcenia to jednak tylko chcenia a realia to realia – mama Laury zaplątała się w taki związek, który był absolutnie, patrząc ze wszystkich stron, po prostu zły. Nie mówię tutaj tylko i wyłącznie o Bożych przykazania, ale tak patrząc po ludzku, ten człowiek wykorzystywał mamę Laury. Tam była przemoc, traktował ją podle, jak niewolnicę.

Czasami tak bywa, że pragnąc dobra wchodzi w zło i to zło tak go oplata, że nie może się uwolnić. Tak było w przypadku mamy Laury, zaplątała się w zło, w grzech, i nie mogła się z tego wyplątać.

Laura trafiła do szkoły z internatem prowadzonym przez siostry zakonne. Tam uczyła się, tam rosła, tam coraz bardziej poznawała Boga.

Była dziewczynką, która miała taką żywą, piękną więź z Panem Bogiem a jednocześnie dziecku temu otwierały się oczy na rzeczywistość, na sytuację grzechu matki.

Gdy przyszedł dzień pierwszej komunii dla Laury to z jednej strony to dziecko bardzo cieszyło się, że przystąpiło do Komunii, że przyjęło ciało Chrystusa, to była wielka radość. Z drugiej strony trapił ją wielki smutek, że mama nie mogła przystąpić do Komunii.

Laura bardzo modliła się o nawrócenie swojej mamy, ale nie widziała żadnej odpowiedzi na swoją modlitwę.

Dodajmy też, że Laura doświadczyła na sobie zła i okrucieństwa tego mężczyzny, który wykorzystywał jej matkę. Była przez niego pobita, ale nie straciła swojej dziecięcej ufności, dziecięcej wiary.

Któregoś dnia Laura była na Mszy świętej. Tak jak my często jesteśmy w Kościele, uczestniczymy, słuchamy Ewangelii. Ona też była na Mszy Świętej i słuchała Ewangelii. Czytano akurat fragment z Ewangelii świętego Jana z 15 rozdziału i Laura usłyszała ten werset który przed chwilą wszyscy usłyszeliśmy, że „nikt nie ma większej miłości od tej gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

I ta mała dziewczynka potraktowała te słowa Pisma świętego bardzo poważnie, na serio i dosłownie.

Laura stwierdziła, że jej najlepszą przyjaciółką jest jej mama i że tą swoją mamę kocha nad życie. Właśnie – “nad życie”.

I Laura zrobiła w sekrecie pewien ślub. Powiedziała Bogu bardzo poważnie bardzo, na serio, że gotowa jest oddać swoje życie za nawrócenie swojej mamy. Nikt o tym nie wiedział.

Jakiś czas potem Laura zachorowała. W tej chorobie, przedłużającej się i coraz cięższej, była z nią jej mama.

Gdy widać było, że ta choroba zmierza już ku śmierci, przed swoją śmiercią, Laura wyznała matce swój sekret. Powiedziało to dziecko mamie: “Mamo ja wiem że umieram. Ja Boga o to prosiłam, żeby wziął moje życie a dał życie, to Boże życie, tobie. Mamo proszę cię, nawróć się.

I umarła. Miała wtedy zaledwie 13 lat.

Tę historię którą w skrócie opowiadam, opowiadam na podstawie bardzo dokładnie zbadanego życiorysu Laury. To nie jest jakaś kaznodziejska historyjka. Życie Laury zostało bardzo dokładnie zbadane, gdyż ta dziewczynka została ogłoszona błogosławioną.

Błogosławiona Laura Vicuna. Tak kochała swoją matkę, że gotowa była za matkę oddać swoje życie. I dostała to o co prosiła, choć naprawdę za wielką cenę. Mama się nawróciła. Życie jej też jest dokładnie zbadane. Była świadkiem w procesie beatyfikacyjny swojej córki.

Opowiedziałem Wam drodzy tę historię po to, żeby móc zadać wam jedno pytanie. Czy chciałbyś mieć kogoś takiego, kto by cię tak bardzo kochał, że gotów byłby, z miłości do Ciebie, oddać swoje życie?

Chciałbym teraz o coś was poprosić. Jeśli dziecko jest w środku, to niech mama i tata wezmą dziecko za ręce. Mama z jednej strony za jedną rękę, tata z drugiej strony za drugą rękę. Jak jest tylko jedno z rodziców, to niech się po prostu wezmą za ręce.

Prosiłem o to teraz, bo jestem przekonany absolutnie, że mówię teraz do bardzo szczęśliwych dzieci. Do dzieci, które mają mamę, tatę, którzy gotowi są z miłości dla dziecka oddać swoje życie.

Już 57 lat żyję na tym świecie. Gdy jeszcze uczyłem w przedszkolu to przedszkolaki z politowaniem patrzyły na mnie i nie mogły uwierzyć, że ktoś tak stary może jeszcze żyć i poruszać się o własnych siłach.

I z każdym rokiem dochodzę coraz bardziej i mocniej do wniosku że jedna, jedyna rzecz na świecie, dla której warto żyć, to jest miłość. I w ogóle w życiu i wieczności chodzi o to, żeby kochać i być kochanym.

Nie ma niczego ważniejszego. A wiecie dlaczego tak jest? Dlaczego jest nas takie wielkie pragnienie miłości, takie wielkie poszukiwanie miłości, takie wielkie otwarcie na miłość?

Bo jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Pana Boga, który jest miłością. Jest w nas odbicie Pana Boga. Cokolwiek by się z nami działo, cokolwiek byśmy na zewnątrz deklarowali, jest w nas pragnienie miłości.

Często pędzimy przez ten świat, często się maskujemy, często udajemy że jesteśmy kimś innym, że interesy, że praca, że to i tamto.

Jest taki wiersz który jeszcze w zeszłym wieku został napisany. Budzi we mnie dreszcze.

Pozwólcie że go przeczytam w całości, wiersz Małgorzaty Hilar.

My z drugiej połowy XX wieku

My z drugiej połowy XX wieku

rozbijający atomy

zdobywcy księżyca

wstydzimy się

miękkich gestów

czułych spojrzeń

ciepłych uśmiechów

Kiedy cierpimy

wykrzywiamy lekceważąco wargi

Kiedy przychodzi miłość

wzruszamy pogardliwie ramionami

Silni cyniczni

z ironicznie zmrużonymi oczami

Dopiero późną nocą

przy szczelnie zasłoniętych oknach

gryziemy z bólu ręce

umieramy z miłości

Mniej gadania więcej ćwiczeń. Spróbujmy teraz nawzajem wobec siebie, dziecko wobec rodziców, rodzice wobec dzieci, wykonać jakiś miękki gest.

Pogłaskać po policzku. Pocałować, pociągnąć (lekko) za ucho, pokazać, że się kocha, że się czułym, bliskim. Ja nie patrzę. Zróbcie to…

Bóg jest miłością.

Drodzy rodzice teraz do was szczególnie kieruję te słowa. Prosicie Kościół o Komunię dla waszych dzieci. Po to tu jesteście.

I bardzo dobrze, i Kościół udzieli Komunii świętej waszym dzieciom. Jednak to, czy wasze dzieci poznają Boga jako miłość zależy od Was, od waszej miłości, od tego jak będziecie kochali swoje dzieci, jak będziecie „się” kochali.

Dziecko będzie się uczyło Boga, który jest miłością, patrząc na was, bo wy też jesteście miłością.

Oświadczam wszystkim, że nie jestem naiwny. Wiem jak w rodzinach różnie może wyglądać życie, różnie mogą wyglądać relacje małżeńskie. Różnie może wyglądać też wasze podejście do wiary, wasze religijne praktyki, te osobiste, te rodzinne, te niedzielne przychodzenie do kościoła. Wiecie jak jest, jest różnie. Głupi nie jestem, naiwny też nie.

Wiem, że temu czy owemu człowiekowi czasami się pokręciło w życiu, pogmatwało. Można powiedzieć, że Panu Bogu się nie naprzykrzają.

To wszystko prawda, ale chcę wszystkim, może najbardziej tym poplątanym, ale wszystkim, bo wszystkich nas to dotyczy i wszystko tego potrzebujemy. Popatrzcie teraz na swoje dziecko. Masz przy sobie swoje dziecko – popatrz na nie. I pomyśl, ojcze, matko. Czy jest coś takiego, co by to dziecko mogło zrobić, zbroić, byś je przestał kochać?

Nie jestem naiwny, wiem jak to jest, czasami masz serdecznie dość. Czasami wrzaśniesz, czasami może w skórę przyłożysz.

Czy jest jednak coś takiego, po czym byś powiedział, powiedziała, że dość tego, koniec, nie kocham tego dziecka.

Nie ma.

Czasem się popłaczesz nad tym swoim dzieckiem, ale nie przestaniesz kochać.

I teraz zrobimy taki wymyk.

Ty też jesteś dzieckiem. Dzieckiem Boga w niebie. I może być tak, że Bóg nad tobą płacze, ale nigdy nie przestanie cię kochać. Nigdy nie zrobisz niczego, żeby Bóg powiedział dość, przeciągnięta struna, zwijam miłość, nie jesteś już moim dzieckiem.

Nie ma czegoś takiego.

Miłość Boga wobec człowieka jest absolutnie bezwarunkowa.

Nie znaczy to, że mamy żyć byle jak. Nie znaczy to, że obejdzie się bez Mszy świętej, bez sakramentu.

Nie o to chodzi, mówię o czymś innym. Mówię o tym że, zawsze pozostaniesz dzieckiem Boga, które Bóg będzie kochał. Bądź tego absolutnie pewien.

Taka jest prawda o Bożej miłości, która jest absolutna, bezwarunkowa i dla każdego. A my patrząc na tę miłość możemy przeżywać tylko wdzięczność.

Bo to jest po ludzku niezrozumiałe. Czasem gdzieś tam można usłyszeć, że ktoś się wyrzekł swojego dziecka. Bóg nigdy się nie wyrzekł, nigdy nie wyrzeknie.

To wszystko mówię po to, by jeśli masz z Bogiem więź, była ona jeszcze mocniejsza. A jeśli ta więź się poluzowania i odszedłeś, to mówię to po to, żebyś miał odwagę wrócić.

Bóg Cię kocha. Na wieki.

Chciałbym, żeby teraz wszyscy poczuli się kochani. Dzieci poczuły się kochane przez rodziców. A wszyscy poczuli się kochani. Przez Pana Boga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.